Stanisław Sławomir Nicieja laureatem wyróżnienia statuetką Lwa „Semper Fidelis” w 2011 roku.

                                               

 

Podczas tegorocznych XIV Dni Lwowa i Kresów Płd.-Wsch. w Poznaniu, wyróżnienie Statuetką Lwa ?Semper Fidelis? otrzymał Prof. Stanisław Sławomir Nicieja.

Prof. dr hab. Stanisław Sławomir Nicieja urodził się 4 października 1948 r. w Strzegomiu na Dolnym Śląsku. Jest historykiem. Studiował na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu, tam też obronił pracę doktorską, habilitował się i otrzymał tytuł profesora nauk humanistycznych. Po przekształceniu Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Uniwersytet Opolski, w latach 1996-2002 oraz 2005-2008, pełnił funkcję rektora tej uczelni. Równocześnie prof. Nicieja uczestniczył w pracach wielu komisji, komitetów i rad, m. in. był członkiem Polsko-Ukraińskiej Komisji ds. Renowacji Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie, zespołu Odbudowy Cmentarza Orląt Lwowskich i Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Chociaż nie posiada korzeni kresowych, prof. Stanisław Sławomir Nicieja należy do najwybitniejszych znawców dziejów Ziem Wschodnich II Rzeczypospolitej, oraz jest autorem bądź współautorem wielu publikacji książkowych i filmów na temat ich dziejów. Swoje zainteresowanie Kresami Płd.-Wsch. zawdzięcza Profesor przypadkowemu, jeśli można tak powiedzieć, pobytowi we Lwowie w 1978 r. Wtedy to, zapewne pod wpływem szczególnego genius loci tego miasta, rozbudziło się w nim uczucie, które nakazało mu badać przeszłość Lwowa, a z czasem także innych miejscowości kresowych. W 1981 r., przebywając we Lwowie na stypendium naukowym, poszedł na zapuszczony, ulegający dewastacji, cmentarz Łyczakowski. Tam zrozumiał, jak bezcenne dla polskiej historii i kultury, jest to miejsce. Odtąd, przez szereg lat gromadził materiały dotyczące tego cmentarza i spoczywających na nim ludzi. W latach 1983-86 prof. Nicieja publikował w miesięczniku ?Opole? serię szkiców pt. Dzieje łyczakowskiej nekropolii, a w 1988 r wydał książkę ?Cmentarz Łyczakowski we Lwowie?, która natychmiast stała się bestsellerem i rozeszła się szybko w wielu tysiącach egzemplarzy. Ogółem prof. Nicieja napisał kilkanaście książek i ponad 400 artykułów historycznych, których lwia część traktuje o wydarzeniach z przeszłości Kresów.

Przy współpracy z śp. Jerzym Janickim, prof. Nicieja tworzył cykl  filmów o twierdzach kresowych Rzeczypospolitej, a następnie opublikował książkę im poświęconą. Spośród publikacji Profesora poświęconych Kresom, pragnę wymienić jeszcze następujące: – „Cmentarz Obrońców Lwowa”, ” Łyczaków ? dzielnica za Styksem”,  „Tam gdzie lwowskie śpią Orlęta”,  „Kresowe Trójmiasto (Truskawiec ? Drohobycz ? Borysław)”, oraz  „Lwów. Ogród snu i pamięci” – dzieje Cmentarza Łyczakowskiego i ludzi tam spoczywających w latach 1786-2010.

Spośród filmów o Kresach, których współautorem jest Profesor, chcę jeszcze wymienić: – Orlęta Lwowskie, – Snem wiecznym we Lwowie i Zadwórze ? polskie Termopile.                Prof. Nicieja opublikował również liczne artykuły w wielu czasopismach krajowych i zagranicznych, m. in. w Dziejach Najnowszych, Przeglądzie Wschodnim czy w Zeszytach Historycznych. Jest też laureatem szeregu nagród. Obok nieżyjących już Witolda Szolginii i Jerzego Janickiego, prof. Nicieja jest jednym z najbardziej zasłużonych dla utrwalania pamięci o Lwowie i Kresach Płd.-Wsch. autorów.

 

XIV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu to już historia….

W dniach 9-11 września 2011 r. po raz 14. w Poznaniu świętowano  Dni Lwowa i Kresów. Obchody rozpoczęła wystawa i prelekcja dr Bartłomieja Wróblewskiego pt.: „Gaudeamus igitur… uczeni, żołnierze, birbanci – o korporacjach akademickich w Poznaniu i Lwowie w dwudziestoleciu międzywojennym”. Wystawę przygotował Jarosław Lebiedź z Korporacji „MASOVIA”.

W sobotę  gościliśmy megagwiazdę profesora dr hab Stanisława Nicieję, który w Domu Polonii – Wspólnota Polska na Starym Rynku zaprezentował film poświęcony Cmentarzowi Łyczakowskiemu we Lwowie. Prelekcji towarzyszyła fascynująca gawęda profesora, w trakcie której przywołał cudowne wspomnienia zapomnianych Kresów, a zwłaszcza Cmentarza Łyczakowskiego. Po prelekcji znaczna część słuchaczy zafascynowanych gawędą Profesora zakupiło znakomita książkę „Cmentarz Łyczakowski we Lwowie 1786-1986” z dedykacją autora.

Oficjalne otwarcie DNI LWOWA miało miejsce w Sali Białej Urzędu Miasta Poznania; w części oficjalnej Iwo Werschler wygłosił laudację poświęconą profesorowi Nicieji, po czym Prezes Towarzystwa mgr Bożena Łączkowska wręczyła Wyróżnionemu za całokształt działań na rzecz Kresów statuetkę Lwa „Semper Fidelis” nadawaną corocznie przez Zarząd Poznańskiego Oddziału Towarzystwa.

DSC
Prezes Bożena Łączkowska otwiera część oficjalną.Wręczenie statuetki lwa „Semper Fidelis” prof. St. Nicieji
DSC
Przemówienie tegorocznego laureata „Semper Fidelis”

Profesor mimo że nie pochodzi z Kresów, to pokochał Je do tego stopnia, że całą swą pracę i życie podporządkował pasji popularyzacji Kresów, pokazywaniu  piękna  miast, świątyń i cmentarzy oraz grobów. Już potwierdziła się teza, że  część  opisanych i sfotografowanych, lecz niszczejących oraz dewastowanych zabytków przetrwa wyłącznie w Jego książkach.

Dorobek  Profesora jest imponujący. W latach 1989-1993 był członkiem Polsko-Ukraińskiej Komisji do spraw Renowacji Cmentarza Łyczakowskiego, a od 1993 r. był członkiem zespołu Odbudowy cmentarza Orląt we Lwowie.  W latach 1996 – 2002 był rektorem Uniwersytetu Opolskiego, wypromował 7 doktorów. Napisał 10 książek, oraz  jest współautorem 6-ciu filmów w tym między innymi „Orlęta Lwowskie” , „Snem wiecznym we Lwowie”, „Muzy Lwowa”, oraz „Zadwórze – polskie Termopile”.  Do Jego osiągnięć Opolanie zaliczają między innymi remont zdewastowanego klasztoru dominikańskiego w Opolu i przekształcenie go w Collegium Maius Uniwersytetu Opolskiego, powstanie Collegium Pedagogicum oraz domu studenta „Niechcic”. Opolanie nazywają go Kazimierzem Wielkim Opola.

Z kolei wręczono złote odznaki zasłużonym członkom Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich nadane przez Zarząd Główny we Wrocławiu. Złotą otrzymali między innymi: znakomity historyk poznański  dr Marek  Rezler – autor licznych publikacji historycznych, współprowadzący program „Spacerkiem po Poznaniu” w telewizji WTK, mgr inż. Zbigniew Maurycy Kowalski  – kombatant AK oraz  Kawaler Orderu „Polonia Mater Nostra Est”, oraz  dyrektor gimnazjum im. Orląt Lwowskich w Poznaniu pani mgr Helena Paszkiewicz.

DSC
Wręczenie honorowej odznaki TMLiKPW

Po części oficjalnej nastąpiła część artystyczna w której wystąpił zespół  Sześć Złotych ze Lwowa. Zespołem kieruje Marek Gierczak który w wieku 13 lat został organistą, jest absolwentem Akademii  Muzycznej we Lwowie. Pozostałą część imprezy uświetnił zespół Tyligentne Batiary z Bytomia. Zespołem kieruje Adam Żurawski grający w kabarecie rolę legendarnego lwowskiego Tońka.

DSC
Występ zespołu „6 złotych” ze Lwowa

DSC

DSC

Niedzielne obchody Dni Lwowa i Kresów rozpoczęły się mszą św. w Bazylice Kolegiackiej  (Farze) w intencji zamordowanych i zmarłych Polaków na dawnych Kresach Polski, oraz  członków Towarzystwa. W mszy świętej wziął udział poczet sztandarowy  Gimnazjum im. Orląt Lwowskich. Oprawę dźwiękową Mszy Św. uświetnił Marek Gierczak który zachwycił swoim głosem, oraz grą na zabytkowych organach Friedricha Ladegasta. W partiach wokalnych wystąpiła solistka Dianą Pipasz, która wspaniale zaśpiewała pieśń  Ave Maryja.Przy okazji warto posłuchać wspaniałych organów Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy która znane jest pod nazwą Bazylika Kolegiacka. Warto obejrzeć ten cudowny zabytek, posłuchać wspaniałych koncertów organowych lub zakupić płyty z cudowną muzyką organową  muzyką organową.

DSC
Marek Gierczak gra na organach poznańskiej Fary, obok solistka Diana Pipasz.

Po mszy św. w Muzeum Archeologicznym w Poznaniu otwarto wystawę malarstwa kresowego. Wystawę otworzył  prof. Władysław Maławski z Lwowskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych. Wystawę możemy zwiedzać do 22 września. Dochód ze sprzedaży wystawionych obrazów wspomaga  lwowskich artystów o polskich korzeniach.

IMG
Mieczysław Maławski – Prezes Lwowskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych „Własna Strzecha”

DSC

Niedzielny Piknik Lwowski na Starym Rynku cieszył się dużym powodzeniem. Zabawiały publiczność zaproszone  zespoły „Sześć Złotych” oraz „Tyligentne Batiary”; sprzedawano  również ich nagrania. Restauracja „Kresowa” przygotowała dla gości smaczny barszcz oraz litewskie cepeliny.

Część gości odwiedziła nasze stoiska  mimo że przybyli na Stary Rynek na  „Święto mięs Polski”, na którym miała powstać najdłuższa kiełbasa o długości 550 metrów. Zasłuchani we lwowskie melodie  nie zauważyliśmy, czy rekord został pobity.

Cudowny, jakby „wyjęty ze środka lata” dzień spowodował, że część biesiadników przeniosła się wraz z artystami ze Starego Rynku do restauracji Meridian na Sołaczu, by pozostać w kresowym  nastroju na resztę dnia. Widzów było tak dużo, że dla spóźnialskich pozostały tylko miejsca stojące. Lwowscy i bytomscy artyści swą kresową muzyką oraz skeczami Szczepka i Tońka spowodowali, że słuchaczom wydawało się, że słuchają koncertu w Parku Stryjskim we Lwowie. Park ten powstał w 1879 r na terenie zrujnowanego cmentarza i przyległych do niego działek.

Dziękujemy uczestnikom  Dni Lwowa i Kresów za udział w obchodach, a poznańskich sympatyków Kresów  zapraszamy w każdą środę w godz 16 – 18 do CK Zamek pok. 336 III piętro.

Zespół „Sześć Złotych” na zakończenie Dni Lwowa i Kresów odwiedził Leszno, gdzie w przepełnionej sali Domu Kultury zaprezentował swój wspaniały program.

Tą patriotyczną podróż w klimaty kresowe odbyliśmy dzięki mecenatowi miasta Poznania, Urzędu Wojewódzkiego i Marszałkowskiego w Poznaniu oraz patronatom medialnym radia  Emaus, radia Merkury,  TV WTK, Głosu Wielkopolskiego, Przewodnikowi Katolickiemu i portalowi epoznan.pl.

Dziękujemy również sponsorom – Wyższej Szkole Hotelarstwa i Gastronomii, Bankowi Kasa Stefczyka oraz Zakładowi Poligraficznemu Jean Marc.

Władek

 

XIV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu

Już za kilka dni rozpoczynają sie XIV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu.

Ja już od wielu lat przypadają w drugą sobotę i niedzielę września.

Tegoroczne Dni Lwowa i kresów organizowane sa pod hasłem  ” Lwowskie Malarstwo”.

 

 

Na XIV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu w dniach 10 i 11 09.2011 roku zaprasza Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Poznaniu

Piątek – 9.09.2011

Godz 17.00

Wystawa i prelekcja n.t. ?Lwowskie i poznańskie Korporacje Akademickie? prowadz. dr Bartłomiej Wróblewski – Hall Collegium Maius UAM ul. Fredry 10

Sobota – 10.09.2011

Godz 11.00

Prelekcja prof. Dr hab. St. Niciei n.t.: „Lwów – ogród snu i pamięci” historia Cmentarza Łyczakowskiego? ? Dom Polonii ? Poznań Stary Rynek 51

Godz. 17.00

Uroczysta Inauguracja XIV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu ? Wręczenie statuetki Lwa ?Semper Fidelis?, występy zespołów: ?Sześć Złotych? (Lwów) i ?Tyligentne Batiary? (Bytom) – Sala Biała Urzędu Miejskiego Miasta Poznania ? Plac Kolegiacki 17

Godz. 20.00

Biesiada Kresowa w Restauracji Kresowej – ul. Kwiatowa 2 (bon konsumpc. 30,- zł)

Niedziela – 11.09.2011

Godz. 9.00

Msza Św. w int. zmarłych i pomordowanych na dawnych Kresach Polski oraz za członków Poznańskiego Oddziału TMLiKPW – Bazylika Kolegiacka (Fara) ? ul. Klasztorna 11

Godz. 10.00

Otwarcie wystawy malarstwa kresowego ?Zauroczeni Kresami? oraz prelekcja prof. Mieczysława Maławskiego ze Lwowa ? Dziedziniec Muzeum Archeologicznego ul. Wodna 27

Godz. 11.30

?Piknik Lwowski? Stary Rynek przed Muzeum Wojskowym. Występy zespołów: ?Sześć Złotych? oraz Tyligentne Batiary? – Stoisko z potrawami Kresowymi Restauracji KRESOWA

Godz. 17.00

Spotkanie sympatyków Lwowa na Sołaczu ? restauracja ?Meridian? ul. Litewska 22 Jerzy Garniewicz oraz ?Tyligentne Batiaty?

Godz. 20.00

Biesiada w Restauracji Kresowej ul. Kwiatowa 2 ( bon konsumpcyjny 30,- zł)

Poniedziałek – 12.09.2011

Godz. 17.00

Koncert zespołu ?Sześć Złotych? w Lesznie ? Dom Kultury ul. Bolesława Chrobrego 3a.

Upamiętnienie „krwawej niedzieli”

W dniu 11 lipca 2011 roku w Czerwonaku z inicjatywy Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich odbyła się uroczystość upamiętnienie tragicznych wydarzeń – masowych mordów na ludności polskiej na Kresach Wschodnich dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich działających w zbrodniczych organizacjach OUN-UPA.

Na uroczystość przybyło ok 30 osób reprezentujących towarzystwa kresowe, władze gminy Czerwonak oraz mieszkańcy.

Miejsce spotkania nie było przypadkowe. To tu w Czerwonaku nasz kolega – a jednocześnie prezes fundacji „Semper Fidelis” Zbigniew Maurycy Kowalski ufundował pomnik – obelisk poświęcony pamięci pomordowanych i poległych na Kresach, sam też przeznaczył swój teren pod pomnik oraz własnym staraniem doprowadził do jego powstania.

Kilka osób zabrało głos podczas tej uroczystości między innymi z-ca Wójta gminy Czerwonak p. Eugeniusz Chałupniczak, który wspominając tragiczne wydarzenia na Kresach podziękował za inicjatywę ich upamiętnienia w Czerwonaku oraz wyraził chęć organizowania pod tym pomnikiem corocznych cyklicznych spotkań w rocznicę mordów na Wołyniu.
Po części oficjalnej nastąpiła część nieoficjalna, w trakcie której przybyli uczestnicy tej manifestacji mieli możność porozmawiać z fundatorem pomnika oraz zakupić jego książkę z autografem .

Inicjatorowi, Włodkowi Matkowskiemu uczestnicy spotkania podziękowali za pomysł i organizację.

 

Relacja i zdjęcia Władysław Opiat

Poniżej zamieszczamy materiały o tragedii wołyńskiej…

 

 Oświadczenie ruchu społecznego „Polska w Potrzebie”

Wspominamy „krwawą niedzielę” 11 lipca 1943 roku, gdy nastąpił zbrodniczy atak Ukraińskiej Powstańczej Armii na 99 polskich miejscowości na Wołyniu. Była to jedna z licznych zbrodni na Narodzie Polskim w czasie II wojny światowej.

W dniu 11 lipca czcimy pamięć około dwustu tysięcy zamordowanych w bestialski sposób Polaków, mieszkańców Kresów Południowo-Wschodnich RP. Sprawcami tych potwornych zbrodni były oddziały UPA wspierane przez ukraińską ludność oraz okupacyjne siły niemieckie. Przez wiele miesięcy zbrodniarze zabijali dzieci i starców, kobiety i mężczyzn, rabowali dobytek ofiar, niszczyli ich domy, równali z ziemią wsie i osiedla. Celem była zagłada ludności polskiej – zbrodniarze zaplanowali przeprowadzenie „depolonizacji” województw wołyńskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego. Mordowali Polaków na terenie lwowskiego i lubelskiego. Wszędzie, gdzie mogli dopaść bezbronnych ludzi.

Zbrodniarze dopuścili się ludobójstwa na Polakach powołując się na ukraiński interes narodowy. Postanowili zbudować niepodległą Ukrainę na cierpieniu, krwi i kościach Polaków.

Świat nie wie o zbrodniach ukraińskich popełnionych na mieszkańcach polskich ziem kresowych. Zbrodniarze z UPA dożywają ostatnich dni w glorii bojowników o niepodległość Ukrainy. We Lwowie mieście Semper Fidelis Rzeczypospolitej, w Tarnopolu i Stanisławowie, w Równem i Łucku stoją pomniki upamiętniające przywódców zbrodniarzy z UPA, Bandery i Szuchewycza. Obaj zostali pośmiertnie nagrodzeni tytułem Bohatera Ukrainy przez popieranego przez Polskę i uhonorowanego polskimi tytułami i odznaczeniami prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę.

Stosunki polsko – ukraińskie mają ogromne znaczenie dla istnienia i bezpieczeństwa obu państw i narodów. Nie można jednak zbudować dobrych relacji między narodami, jeśli nie będą one oparte na prawdzie. Jeżeli Ukrainie rzeczywiście zależy na współpracy z Polską, to prawda o zbrodniach UPA musi znaleźć się w programach nauczania, w przekazach medialnych, w wypowiedziach polityków Ukrainy. Nie uznajemy argumentu, że poza UPA Ukraina nie ma żadnej innej tradycji walki o niepodległość.

Domagamy się, aby władze Ukrainy jednoznacznie potępiły zbrodnie popełnione przez UPA na ludności polskiej w latach II wojny światowej.

Największa odpowiedzialność w upamiętnieniu ofiar ukraińskich zbrodni ciąży jednak na polskich władzach państwowych, na polskich partiach i organizacjach społecznych. Wzywamy do przyjęcia zasady, że wszystkie zbrodnie na Polakach będą ujawnione, a wszyscy sprawcy mordów bez wyjątku zostaną nazwani i napiętnowani.

Wzywamy w rocznicę „krwawej niedzieli” polskie szkoły i uczelnie, telewizję, radio i prasę, artystów i uczonych, urzędników i polityków, wszystkich, którzy czują się Polakami aby upamiętniali rozlaną na Wołyniu krew niewinnych.

Polska w Potrzebie – Polska czeka na Ciebie

Źrodło: Blog Romualda Szeremienietewa, 11.07.2011

„To był wołyński Katyń, o którym jednak milczą encyklopedie świata; milczą polskie władze i środki masowego przekazu. Cisza! Gdzie jest Sejm, gdzie Senat, gdzie Rząd RP, gdzie wreszcie Prezydent reprezentujący Majestat Narodu Polskiego, tego narodu, którego 1700 przedstawicieli spoczywa w niepoświęconej ziemi w Ostrówkach i woła, krzyczy na cały głos aby usłyszał świat – najstraszniejsze słowo rzucone w twarz naszym władzom: HAŃBA!”

 Źródło: Edward Prus, 2003

 

Z Podhajec do Rzymu

Z Podhajec do Rzymu

(Ks. Mieczysław Kowalczyk T. Chr – wspomnienie w 20 rocznicę śmierci)


Ksiądz Mieczysław Kowalczyk urodził się 14 lipca 1911 r. w Podhajcach, w ówczesnej Galicji. Ojciec jego, Michał, był mura­rzem – budowniczym, pełnił tez czas jakiś funkcję kościelnego przy parafii Św. Trójcy w Pod­hajcach. Gdy Miecio miał 3 lata, wybuchła I wojna światowa. Ojca wcielono do armii austriackiej, matka z piątką dzieci pozostała w Podhajcach. Po wojnie, wal­kach z Ukraińcami i po najeździe bolszewickim, rodzina Kowal­czyków ułożyła sobie dostatnie życie. Ojciec budował domy, ko­ścioły i dwory w okolicy. Mietek ukończył szkołę powszechną i rozpoczął naukę w prywatnym gimnazjum, które działało w Podhajcach do 1930 roku. Po jego likwidacji udał się do Stop­nicy w Kieleckiem, gdzie ukoń­czył naukę i zdał maturę 1933 r. Następnie odbył podchorążówkę w Rzeszowie, a po kolejnych ćwi­czeniach przy 51 PP w Brzeża­nach został awansowany do stopnia ppor. rezerwy. Podjął też pracę w magistracie podhajec­kim, a w 1938 r. ukończył kurs samorządowy w Warszawie.  Chciał studiować prawo na UJ w Krakowie, ale trudność pogo­dzenia pracy i nauki sprawiła, że nie zdołał przygotować się do pierwszego egzaminu i sprawa się odwlekła, a tymczasem wy­buchła wojna. Mieczysław Ko­walczyk pełnił służbę w Kompa­nii brzeżańskiego baonu Obrony Narodowej. Po wkroczeniu So­wietów został wkrótce areszto­wany i uwięziony w Brzeżanach. Gdy przebywał w więzieniu, w kwietniu 1940 r. zostali wywie­zieni do Kazachstanu jego ro­dzice oraz siostra (której mąż także był więziony), z dziećmi. Po 9 miesiącach więzienia w Brzeżanach, Mieczysława wywie­ziono do Starobielska, gdzie przebywał 4 miesiące, aby z kolei na mocy wyroku administracyj­nego zostać zesłanym do obozu pracy na Uralu. Tam dowiedział się o układzie Sikorski-Majski i na mocy „amnestii” został zwol­niony po 7 miesiącach pracy w lasach. Udało mu się odnaleźć rodziców i siostrę w Tamirze. Powołany w 1942 roku do for­mującej się w ZSRR armii pol­skiej, wcielony został do 27 PP w Ługowaja. W czasie ewakuacji wojska do Iranu nie udało się wydostać rodziców i siostry z dziećmi. Rodzice zmarli z głodu zimą 1943/44 w Kazachstanie. Szwagra zamordowano w pod­kijowskiej Bykowni. Siostra z dziećmi przeżyła zsyłkę i po woj­nie znalazła się na Dolnym Ślą­sku.

Podczas reorganizacji wojska polskiego na Środkowym Wschodzie, Mieczysław Kowal­czyk został wcielony do 6 baonu 3 Dywizji Strzelców Karpackich dowodzonej najpierw  przez gen. S. Kopańskiego, a później przez gen. B. Ducha. Z Dywizją prze­chodził przeszkolenie w Palesty­nie i Iraku. W Heliopolis w Egip­cie ukończył kurs interpretato­rów zdjęć lotniczych. Po inwazji Włoch przez aliantów, wraz z 2 Korpusem Polskim odbył kam­panię włoską. Awansowany w marcu 1944 r. do stopnia po­rucznika, uczestniczył w bitwie o Monte Cassino. Podczas natarcia 6 baonu na Messa Albaneta zor­ganizował punkt obserwacyjny; przez kilkanaście godzin pod silnym ogniem artylerii i moź­dzierzy zbierał informacje, udzielał też pomocy rannym. Za swe czyny bojowe został odzna­czony Krzyżem Walecznych. Po wojnie wraz z 2 KP znalazł się w Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpił do Polskiego Korpusu Przyspo­sobienia i Rozmieszczenia. Z wojska wyszedł w stopniu kapi­tana rezerwy.

W latach 1947-1952 pracował fizycznie w założonej przez siebie firmie budowlanej. Mając już 40 lat i chcąc, jak wyznał, jeszcze coś w życiu zrobi, wstąpił do no­wicjatu Towarzystwa Chrystu­sowego we Francji. Następnie studiował w Rzymie na Grego­rianum filozofię i teologię. 13 lipca 1958 roku z rąk abpa Józefa Gawliny przyjął święcenia ka­płańskie. Po ukończeniu studiów seminaryjnych pod koniec 1959 roku otrzymał funkcję duszpasterza Polaków we Włoszech. Równo­cześnie był proboszczem i wice­rektorem kościoła św. Stanisława BM w Rzymie. Przez 10 lat ofiar­nie pracował roztaczając opiekę duchową i materialną nad Polo­nią włoską, którą w dużym stop­niu tworzyli byli żołnierze 2 Kor­pusu Polskiego.  W trudnych warunkach prowadził działal­ność charytatywną, objeżdżał wszystkie skupiska polskie w głównych punktach znajdujących się w Genui, Turynie, Mediola­nie, Bolonii, Forli, Loreto, Flo­rencji, Arezzo, Neapolu i Lecce. Był bardzo aktywny i spotykał się wszędzie z wielkim szacunkiem i zaufaniem Polaków-emigrantów. Przy kościele Św. Stanisława organizował życie religijne i kulturalne. Blisko współpraco­wał najpierw z abp. Gawliną, a później ? kardynałem W. Rubi­nem. Działał w Związku Inwali­dów Wojennych Polskich Sił Zbrojnych. Troszczył się o stan polskich cmentarzy wojennych w Casamassima, Monte Cassino, Loreto i Bolonii. Od połowy lat 60-ych często odwiedzał obozy uchodźców polskich w Latina i Capua niosąc pomoc materialną i religijną. Gdy Sobór Watykań­ski II wprowadzał zmiany w li­turgii, ks. M. Kowalczyk jako pierwszy odprawił w kościele Św. Stanisława BM Mszę św. W ję­zyku polskim, 7 marca 1965 r.

Z wielką troską starał się o za­pewnienie właściwej opieki nad dziećmi polskimi lub z rodzin mieszanych. Organizował kursy nauki języka polskiego, czynnie włączał się w organizację spotkań młodzieży polonijnej z różnych krajów organizowanych w latach 1967 i 1968 w Loreto, gdzie w bazylice Domku Naza­retańskiego znajduje się prze­piękna kaplica polska. Dbał o restaurację kościoła Św. Stani­sława w Rzymie. Z wielkim za­angażowaniem pomagał w przy­gotowaniu i obchodach Jubile­uszu Tysiąclecia Chrztu Polski.

W roku 1970 ks. Kowalczyk zo­stał skierowany przez przełożo­nych Towarzystwa Chrystuso­wego do Wielkiej Brytanii, gdzie powierzono mu funkcję Delegata Przełożonego Generalnego i Wi­ceprowincjała. Pogorszenie stanu zdrowia nadwątlonego przeżyciami wojennymi zmusiło go do rezygnacji z tych stanowisk i do powrotu do Italii. Odtąd pracował w biurze Centralnego Ośrodka Duszpasterstwa Emi­gracyjnego przy Botteghe Oscure 15 w Rzymie. Pomagał też no­wemu duszpasterzowi Polaków we Włoszech, księdzu Marianowi Burniakowi (rodem ze Złotnik k. Podhajec!).

W 1977 roku ks. Mieczysław Ko­walczyk uległ poważnemu wy­padkowi samochodowemu. Od tej pory utykał poruszając się o lasce. Chorował też na reuma­tyzm i na serce. Odwiedzał  jesz­cze rodzinę siostry, siostrzeńców i siostrzenice w Polsce. Leczył się też w  krajowym sanatorium w Cieplicach. Podczas ostatniego pobytu w tym sanatorium doznał zawału serca. Zmarł 13 sierpnia 1986 r. Zwłoki ks. Kowalczyka zostały przewiezione do Domu Generalnego Towarzystwa Chry­stusowego w Poznaniu i po uro­czystościach pogrzebowych zło­żone w grobowcu Towarzystwa na cmentarzu Miłostowskim. W telegramie kondolencyjnym przesłanym Przełożonemu Gene­ralnemu Towarzystwa Chrystu­sowego ks. Edwardowi Szyman­kowi w imieniu Ojca Św. Jana Pawła II czytamy:

Odszedł do Pana wierny Syn  Narodu Pol­skiego, gorliwy kapłan, który z całym poświęceniem niósł po­sługę duszpasterską rodakom na emigracji, zwłaszcza we Włoszech

 

Iwo Werschler

Krzysztof Goc – Lwowiak w Poznaniu

Krzysztof Goc lwowiak w Poznaniu
Krzysztof Goc w swoim mieszkaniu

W dniu 10 lipca 2011 roku przedstawiciele Zarządu poznańskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i kresów Południowo – Wschodnich odwiedzili naszego kolegę Krzysztofa Goca i złożyli mu gorące lwowskie życzenia zdrowia i pomyślności na dalsze długie lata.

Krzysztof Goc urodził się 12 czerwca 1921 roku we Lwowie na ul. Gródeckiej w domu,  który prezentujemy. Tam też ukończył IX Gimnazjum humanistyczne z łaciną i językiem niemieckim.

Lwów opuścił w 1944 roku. W Poznaniu osiadł w 1957 roku , gdzie podjął pracę w Dyrekcji PKP. W 1990 roku wstąpił do Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich. Za aktywną działalność odznaczony Złotą Honorową Odznaką towarzystwa.

Krzysztofie!!! Żyj nam jeszcze 100 lat !!!

 

Obrona Lwowa w listopadzie 1918 roku

Obrona Lwowa w listopadzie 1918 roku

(w  90  rocznicę  bohaterskiego  czynu)

Rok 1918 stanowi w dziejach naszego narodu datę doniosłą. Po ponad wiekowej niewoli Polska odzyskała niepodległość. Stało się to dzięki korzystnie kształtującej się sytuacji międzynarodowej (klęska Niemiec i Austro-Węgier w I wojnie światowej oraz upadek carskiej Rosji wskutek rewolucji), jak i niezłomnej woli narodu polskiego manifestowanej licznymi powstaniami od schyłku XVIII stulecia.

Jednak trwający ponad wiek okres braku na mapie Europy państwa polskiego przyniósł wiele ważnych zmian, które odbudowę Polski w granicach sprzed 1772 r., o czym marzyły pokolenia żyjące w niewoli, uniemożliwiły.

Jednym z elementów nowej sytuacji było odrodzenie narodowe Rusinów-Ukraińców dokonujące się w XIX w. w zaborze austriackim. Kiedy zatem dobiegała końca I wojna światowa, nadzieje Polaków zamieszkujących jego  część, zwaną popularnie Galicją Wschodnią, zderzyły się z dążeniami Ukraińców, pragnącymi zbudować tam własne państwo.  Dążeniom tym sprzyjała upadająca monarchia habsburska.  16 listopada 1918 r. ostatni cesarz, Karol, wydał manifest ogłaszający Austrię ?związkiem wolnych narodów? i zezwalający zamieszkującym monarchię narodowościom na tworzenie własnych ?rad narodowych?. W dwa dni później powstała we Lwowie Ukraińska Rada Narodowa, która 19 X proklamowała powstanie państwa ukraińskiego obejmującego Galicję Wschodnią i Bukowinę. Nowe państwo miało pozostawać w ścisłym związku z monarchią habsburską. Proklamację tę politycy polscy w Galicji zignorowali.

Tymczasem pod koniec października, w obliczu całkowitego upadku i rozpadu Austro-Węgier, powstała w Krakowie Polska Komisja Likwidacyjna aspirująca do objęcia rządów po zaborcy. Przewodniczący PKL, Wincenty Witos, przyjechał wnet do Lwowa, gdzie odbył rozmowę z dotychczasowym namiestnikiem cesarskim K. Huynem w sprawie ustalenia warunków przejęcia władzy nad Galicją Wschodnią. W tej sytuacji, Polacy, stanowiący wówczas ponad 50% populacji Lwowa, ufnie oczekiwali odzyskania niepodległości. Również przebywający we Lwowie wojskowi, związani z różnymi polskimi ugrupowaniami, lekceważyli ostrzeżenia o przygotowywanej przez Ukraińców akcji zbrojnej mającej na celu opanowanie Galicji Wschodniej. Przygotowania  te natomiast wspierali po cichu Austriacy i Niemcy.

Tak więc, całkowitym zaskoczeniem dla polskich mieszkańców Lwowa stało się opanowanie miasta przez wojsko podległe Ukraińskiej Radzie Narodowej i jej odezwa głosząca ?oswobodzenie Lwowa z sześćsetletniej niewoli lackiej?. Nie wszyscy jednak zachowali się bezradnie. Tego samego dnia, 1 listopada, do obrony Lwowa przed Ukraińcami, których uważano za uzurpatorów, stanęła polska młodzież. Hasło do działania dała grupa około 80 osób skupionych wokół kpt. Zdzisława Tatara-Trześniowskiego w Szkole Sienkiewicza, leżącej w południowo-zachodniej części miasta, wsparta przez studentów z Domu Techników w tej samej dzielnicy. Zapoczątkowany przez te grupy ruch oporu, szybko rozwinął się. Do pierwszych redut zgłaszali się ochotnicy rekrutujący się z przebywających we Lwowie legionistów i żołnierzy innych formacji polskich. Licznie dołączała do nich młodzież, wśród której wysoki procent stanowili uczniowie szkół średnich, zwani wtedy studentami. Ówczesny porucznik, późniejszy generał, Roman Abraham tak wspominał początek walk:

U zbiegu ulic Leona Sapiehy i Św. Teresy spotkałem kilku studentów w mundurkach, strzelających z zapałem na ulicę Św. Teresy. Podbiegłem do nich z pomocą i zobaczyłem samochód półciężarowy z którego zbiegł szofer, żołnierze zaś ukraińscy, przeskakując od bram do bram uciekali w kierunku miasta. Trudno opisać uczucie jakie mnie wówczas przejęło na widok zwycięskich uczniów, tych młodziutkich bojowników lwowskich.

Tak rodziła się legenda Orląt ? bohaterskich dzieci broniących swego miasta. Nazwiska Jurka Bitschana i Antosia Petrykiewicza, zajęły w tej legendzie główne miejsce.

Na początku walk listopadowych Polacy przejmowali inicjatywę wypierając Ukraińców i zdobywając ważne obiekty. Wśród nich szczególnie cenny ? Dworzec Główny. Jednak wkrótce natarcie utknęło. Nieprzyjacielowi przybyły posiłki, m. in. dobrze wyszkoleni i uzbrojeni ? Strzelcy Siczowi. Miasto przeciął biegnący z północy na południe front. W polskich rękach znalazła się zachodnia część Lwowa. Naczelnym dowódcą obrony został kpt. Czesław Mączyński, związany z Narodową Demokracją. Podlegały mu dwie grupy:  północna – Tatara-Trześniowskiego, i południowa – Boruty-Spiechowicza. W miarę upływu czasu  sytuacja obrońców stawała się coraz trudniejsza. Na terenie Galicji Wschodniej funkcjonowała już Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa z prezydentem J. Petruszewyczem na czele. Jej zbrojnym ramieniem była Ukraińska Halicka Armia, w której służyło wielu doświadczonych oficerów ? Niemców i Austriaków. Lwów był otoczony. W mieście trwały zacięte boje. Walczono o Cytadelę, Pocztę Główną, gmach Dyrekcji Kolei, o Górę Stracenia. 13 listopada Ukraińcy zaatakowali Szkołę Kadecką. Stoczono wówczas tzw. bitwę kulparkowską, zakończoną zwycięstwem Polaków. Dzięki niemu szeregi obrońców zasilili ochotnicy z okolicznych polskich wsi. Równocześnie jednak ponieśliśmy porażkę na Zamarstynowie. Przedłużające się walki powodowały duże zniszczenia w zabudowie centrum miasta. Antoni Jakubski, II szef sztabu Cz. Mączyńskiego, wspominał:

(…) Zwolna domy niedawno zamieszkałe zaczęły się zamieniać w rudery (…) porozbijane strzałami karabinów maszynowych, granatów ręcznych, min, petard i armatnich pocisków zaczęły się zwolna rozsypywać w gruzy.

Walki we Lwowie trwały od 1 do 22 listopada 1918 r. Przez ten czas podejmowane były starania o pomoc oblężonym obrońcom. Józef Piłsudski po powrocie z Magdeburga, już 12 XI polecił gen. B. Roji dowodzącemu wojskiem w Krakowie, wysłanie  odsieczy. 21 XI sześciu pociągami dotarła do Lwowa  grupa około 1400 żołnierzy pod dowództwem ppłk. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego.  22 XI wyparto Ukraińców ze Lwowa. Jednak walki o miasto jeszcze się nie zakończyły. Przez kilka następnych miesięcy Lwów pozostawał odcięty od reszty kraju. Mieszkańcy cierpieli głód, brakowało wody, gazu i prądu. Artyleria ukraińska, z okolicznych wzgórz, zasypywała miasto pociskami. Dopiero pod koniec kwietnia 1919 r. jednostki UHA zostały definitywnie odrzucone.

W tym miejscu trzeba wspomnieć o pomocy, z jaką dla bohaterskiego Lwowa pospieszyła wyzwolona już z pruskiego jarzma, Wielkopolska. Najpierw przybyła ochotnicza kompania pod komendą por. J. Ciaciucha, w sile ok. 200 ludzi. Następnie gen. J. Dowbór-Muśnicki skierował pod Lwów blisko trzytysięczną grupę dowodzoną przez płka Daniela Konarzewskiego. Ona to walnie przyczyniła się do odparcia wojsk ukraińskich. Poznańskie udzieliło też bardzo potrzebnej pomocy aprowizacyjnej wygłodzonym mieszkańcom Lwigrodu.

Wojna polsko-ukraińska  rozpoczęta ?zamachem na Lwów? 1 listopada, dobiegła końca w lipcu 1919 r., gdy resztki UHA wyparte zostały za Zbrucz.

W przywróconym Polsce, ?zawsze wiernym? Lwowie, życie powoli wracało do normy. Odbudowywano zniszczone budynki, gojono rany. Polscy mieszkańcy nie zapomnieli o swoich obrońcach ? bohaterach. Przy cmentarzu Łyczakowskim, według projektu jednego z uczestników walk, studenta Politechniki Rudolfa Indrucha, powstał okazały, jedyny w swoim rodzaju, Cmentarz Obrońców Lwowa – Campo Santo.  Spoczęłi na nim ci, co polegli, aby Lwów należał do Polski.

Dzisiaj, po tragicznych wydarzeniach II wojny światowej, gdy po raz kolejny w naszej historii zmianie uległy granice Polski a w wyniku barbarzyńskich wysiedleń ?Lwów wyjechał? na przyznane nam w Poczdamie Ziemie Zachodnie pozostawiając nad Pełtwią jedynie materialne ślady wiekowej przynależności do Polski, wielu z nas nasuwać się mogą liczne pytania. Myślę, że wśród tych pytań można postawić i takie: czy konfliktu z Ukraińcami w 1918 r. można było uniknąć ?  – czy cena, jaką Polacy zapłacili za te bohaterskie zmagania w kilkadziesiąt lat później, nie była zbyt wysoka ?  Wydaje mi się, że wątpliwości jest znacznie więcej, a odpowiedzi zawsze będą różne, często diametralnie, podobnie jak przy stawianiu pytań o sens powstań narodowych, a zwłaszcza Powstania Warszawskiego. ?Historia est magistra vitae? ? powiadali starożytni Rzymianie. Jeżeli obrona Lwowa może dzisiaj czegoś nauczyć, to chyba głównie miłości Ojczyzny.

 

Iwo  Werschler

 

Literatura:

  • G. Łukomski, Cz. Partacz, B. Polak,  Wojna polsko-ukraińska 1918-1919,  Koszalin 1994;
  • I. Werschler, Obrona Lwowa w listopadzie 1918 r.  ?Czas Kultury? nr 15,    Poznań  1990.

Pomoc Wielkopolski dla Lwowa podczas wojny z Ukraińcami w 1919 r.

Lwów i PoznańTrwało jeszcze Powstanie Wielkopolskie, toczyły się zacięte boje z Niemcami, gdy Dowództwo Główne, sprawowane od 11 stycznia 1919 roku przez gen. Józefa Dowbor Muśnickiego, podjęło decyzję o pospieszeniu z pomocą walczącemu z Ukraińcami Lwowowi.

Dotychczasowe związki Poznania ze Lwowem, dwu kresowych wówczas miast polskich, były od dawna ożywione. Dlatego Wielkopolska z niepokojem śledziła trwające od 1 listopada 1918 roku zmagania polskiej społeczności Lwowa z siłami ukraińskimi. Prasa poznańska od początku tych walk prawie codziennie przynosiła o nich wiadomości. Po wyparciu Ukraińców ze Lwowa, 22 listopada 1918 r., dzięki odsieczy jaką dowodził ppłk M. Karaszewicz-Tokarzewski, sytuacja Polaków w mieście nadal była ciężka. Przez kilka miesięcy linia bojowa biegła tuż za rogatkami. Na miasto spadały pociski artyleryjskie. Łączność z resztą ziem polskich utrzymywano jedynie przez linię kolejową Lwów – Przemyśl, ale i on była kilkakrotnie przerywana. Ludność Lwowa cierpiała wszelki niedostatek. Brakowało wody, prądu i gazu, a przede wszystkim – żywności. Nie kursowały tramwaje. Józef Piłsudski wprowadził do akcji kilkutysięczną grupę operacyjną pod dowództwem gen. J. Romera. W wyniku jej działań obrona Lwowa została wzmocniona przybyłymi posiłkami. Gen. Romerowi nie udało się jednak wyzwolić obszaru na północ od linii kolejowej biegnącej do Przemyśla, która wskutek tego nadal bywała przerywana.

Tymczasem Komenda obrony Lwowa zwróciła się o pomoc do Dowództwa Głównego Wojsk Wielkopolskich. Do Poznania udał się także premier I. J. Paderewski z misją przedstawienia trudnej sytuacji i apelem o pospieszenie z odsieczą. Już wcześniej otrzymał Lwów pomoc materialną z Wielkopolski. Między innymi w styczniu wysłano transport złożony z 58 wagonów kolejowych wiozących głównie żywność i materiały sanitarne. W lutym zaś dotarły do Lwowa wagony z ziemniakami, żytem, cukrem i odzieżą. Pomoc ta witana była owacyjnie.

Gen. J. Dowbor Muśnicki zdawał sobie jednak sprawę, że wysłanie pomocy militarnej, mającej znaczenie podstawowe, jest rzeczą ryzykowną i będzie stanowiło wielką ofiarę ze strony Wielkopolski. Poznańskie bowiem  nadal było zagrożone przez Niemcy.  Nie chciały one oddać terytoriów, które miano przydzielić Polsce i rozwijały agitację za stawieniem zbrojnego oporu.

W tych warunkach dowódca wojsk powstańczych zdecydował się najpierw na wsparcie rodaków w Małopolsce Wschodniej siłami ochotniczymi. Na jego apel sformowano zatem tzw. ochotniczą kompanię poznańsko-lwowską, której dowódcą został  ppor. Jan Cieciuch. Kompania liczyła 204 żołnierzy, a już w trakcie walk była dwukrotnie wzmacniana posiłkami, w łącznej ilości 80 osób. Przez Przemyśl dotarto do Sądowej Wiszni, gdzie kompanię oddano pod dowództwo gen. F. Aleksandrowicza. Udział Wielkopolan w walkach rozpoczął się w rejonie Gródka Jagiellońskiego. W walkach pod Gródkiem kompania odznaczyła się zdobywając kilka wsi, a w nich cenny sprzęt bojowy. Poniosła też straty w zabitych i rannych. 19 marca 1919 r. dowódca i oficerowie kompanii odebrali gratulacje od generałów Aleksandrowicza, Iwaszkiewicza i Rozwadowskiego, już w dniu następnym żołnierze kompanii byli owacyjnie witani we Lwowie. W połowie kwietnia kompania ppor. Cieciucha została wcielona do 1 pułku Strzelców Lwowskich. W jego składzie bohatersko walczyła podczas ofensywy wielkanocnej zdobywając trzy wsie. Następnym etapem walk Wielkopolan był udział w bojach o Jaryczów Nowy i dalej aż po rzekę Seret. W czerwcu kompanię skierowano na najbardziej zagrożony odcinek frontu w okolicach Zborowa.  Polskie wojsko znalazło się tam w trudnej sytuacji i musiało się cofać pod naporem ofensywy ukraińskiej.   W czasie tych walk Wielkopolanie znowu wyróżnili się męstwem i karnością, dzięki czemu na bronionym odcinku nie tylko odpierali ataki nieprzyjaciela, ale i sami przechodzili do kontrataków. Gdy z kolei Polacy rozpoczęli ofensywę, kompania ppor. Cieciucha znalazła się w składzie 6 Dywizji Strzelców należącej do Armii gen. J. Hallera. Dzielna postawa Wielkopolan spotkała się znowu z pochwałą dowództwa. W specjalnym rozkazie gen. W. Iwaszkiewicz podkreślił, że od pierwszych walk o Lwów byli oni wzorem waleczności i dyscypliny oraz wysokiego poczucia obywatelskiego, co przejawiło się w tym, iż ludność cywilna nie zgłaszała żadnych skarg  pod ich adresem. Na początku sierpnia kompania wyjechała do Poznania. Wróciło ogółem 226 ludzi. W walkach o Lwów poległo 11, a 58 odniosło rany. Wszystkim żołnierzom i oficerom kompanii, Naczelna Komenda WP we Lwowie nadała „za dzielność i trudy poniesione w bojach o całość i niepodległość Rzeczypospolitej w czasie walk o obronę Lwowa od 12 marca do 1 lipca 1919 r.”, – Krzyż Obrony Lwowa.

Tymczasem po rozmowach z premierem Paderewskim, gen. Muśnicki, biorąc

pod uwagę trwanie rozejmu z Niemcami, podjął decyzję o skierowaniu pod Lwów większych sił. Tak więc do dyspozycji gen. Iwaszkiewicza wyjechała Grupa Wielkopolska dowodzona przez płk. Daniela Konarzewskiego. Składała się ona ze sztabu, 1 pułku Strzelców Wielkopolskich, I dywizjonu 1 pułku artylerii polowej, eskadry lotniczej i plutonu łączności. W sumie 3873 ludzi. Miejscem koncentracji była także Sądowa Wisznia. Grupie Konarzewskiego przydzielono zadanie wykonania głównego uderzenia na siły Ukraińskiej Armii Halickiej w okolicach Gródka Jagiellońskiego, celem przebicia pierścienia okalającego Lwów. Natarcie rozpoczęte o świcie 17 marca i kontynuowane następnego dnia, przyniosło pełny sukces. Grupa Wielkopolska osiągnęła linię Milatyn – Koców – Wołczuchy. Ukraińcy panicznie cofali się przed karnymi i dobrze wyekwipowanymi Wielkopolanami. Wystarczył okrzyk: „biskupi idą !”, a w szeregach ich powstawał zamęt (tu trzeba wyjaśnić, że „biskupami” nazywano żołnierzy poznańskich z powodu wysokich rogatywek, jakie nosili). W wyniku dalszych działań Wielkopolanie nawiązali łączność z oddziałami polskimi dowodzonymi przez płka  W. Sikorskiego,  dotarli do Gródka Jagiellońskiego i ostatecznie przerwali pierścień otaczający Lwów. Sukces ten doceniło Naczelne Dowództwo, a gen. Iwaszkiewicz w rozkazie z 19 marca stwierdził, że „żelazne zastępy Wielkopolan pod dowództwem płk. Konarzewskiego brawurowym atakiem (…) wpłynęły na zwycięstwo”. Kolejnym ich  sukcesem był wybitny udział w oswobodzeniu Lwowa od ostrzału artyleryjskiego jaki prowadziła UHA od południowego zachodu.  O świcie 19 kwietnia Wielkopolanie uczestniczyli w natarciu na wsie Glinnę i Nawarię. Po zdobyciu tych miejscowości zmuszono Ukraińców do opuszczenia wzgórz, z których dotąd nękali ogniem artyleryjskim Lwów.

W maju doszło do ofensywy polskiej w Małopolsce Wschodniej. Miała ona za zadanie oskrzydlić siły wroga pod Lwowem i Samborem. Dowództwo sprawował gen. Haller. Grupa Wielkopolska przetransportowana do Gródka Jagiellońskiego  nacierała na umocnione pozycje nieprzyjacielskie. 16 maja uderzyła na Komarno, następnie na Mikołajów, a ostatecznie zajęła Stryj. Po kilkudniowym pobycie w Stryju, Wielkopolanie wyjechali do Lwowa, skąd po krótki odpoczynku wyruszyli w drogę powrotną do Poznania. Tam powitano ich uroczyście, a sztandar 1 p. Strz. Wlkp. udekorowany został szarfą z napisem: Za obronę Kresów Wschodnich.

Przyczyną odwołania Grupy Wielkopolskiej z frontu małopolskiego była sytuacja na zachodzie. Jak wiadomo, w Paryżu, obradowała w tym czasie konferencja mająca za zadanie wypracować tekst traktatu pokojowego z Niemcami. Gdy na początku maja ogłoszono jego projekt, przez Niemcy przeszła fala protestów. Gotowi przeciwstawić się realizacji tego projektu siłą, Niemcy zaczęli koncentrować wojska wokół granicy z Polską. Siły ich przekroczyły 200 tys. żołnierzy. Zagrożenie to zmusiło Naczelne Dowództwo polskie do organizowania frontu antyniemieckiego, a Komisariat Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu  powierzył Piłsudskiemu Armię Wielkopolską. W czerwcu 1919 r. Armia Polska w całości podporządkowana została dowódcy wojsk państw sprzymierzonych i stowarzyszonych – marszałkowi F. Foch`owi.

Po podpisaniu traktatu wersalskiego, gdy zagrożenie minęło, Grupa Wielkopolska  licząca teraz  4442 żołnierzy, tym razem pod dowództwem gen. D. Konarzewskiego,  ponownie skierowana została na front wojny z Ukraińcami. Skoncentrowana nad Gniłą Lipą ruszyła do natarcia w kierunku Brzeżan. Akcję obserwował J. Piłsudski, który podziękował Wielkopolanom za mężną postawę. Po zajęciu Brzeżan Grupa prawie bez walki zajęła szereg miejscowości między Złotą Lipą a Seretem. W ostatnim dniu ofensywy natomiast, brawurowym natarciem  zdobyła Husiatyn.  Po wyparciu UHA za Zbrucz Grupę gen. Konarzewskiego skierowano na Wołyń.

Opisując udział Wielkopolan w walkach o Lwów i Małopolskę Wschodnią, wspomnieć należy także o „Szpitalu Lwów”. Był to szpital polowy zorganizowany w Poznaniu pod komendą mjra lek. Emanuela Twórza. Do Lwowa przybył on z wyposażeniem i personelem. Służył tak GW jak i innym oddziałom podległym Naczelnej Komendzie Obrony Lwowa.

Na koniec słów kilka poświęcić należy Wielkopolanom poległym w walce o Lwów i Kresy Wschodnie. Profesor Nicieja w swojej pomnikowej książce o cmentarzu Obrońców Lwowa pisze, że „trudno ustalić, ilu Wielkopolan padło w walkach o Lwów”. Na lwowskim Campo Santo mieli oni symboliczną kwaterę. Wielu bowiem ekshumowano i szczątki zabrano do stron rodzinnych. Przed II wojną kwaterą wielkopolską opiekowali się uczniowie paru szkół lwowskich. Jak powiedział podczas zbiorowego pogrzebu żołnierzy 1 p. Strzelców Wielkopolskich poległych pod Lwowem ich kapelan ks. K. Stankowski „ledwośmy sami zrzucili z siebie jarzmo niemieckiej niewoli, (…) a już pośpieszyliśmy na odsiecz Lwowa, bośmy dzieci jednej ojczyzny i jednego narodu”. W tamtej bowiem epoce miłość ojczyzny, patriotyzm, nie były czczym frazesem.

Iwo Werschler

 

Źródła:

  • Czubiński Antoni, Powstanie wielkopolskie 1918 – 1919. Geneza – charakter – znaczenie, Poznań 1978;
  • Łukomski G., Partacz Cz., Polak B., Wojna polsko-ukraińska  1918 – 1919, Warszawa 1994;
  • Muśnicki Dowbor Józef jen., Moje wspomnienia, Poznań 1936;
  • Nicieja Stanisław S., Cmentarz Obrońców Lwowa, Wrocław 1990;
  • Polak Bogusław, Z Wielkopolski do Lwowa 1919 r., „Nurt” nr 11/1989;
  • Romer Jan gen., Pamiętniki, Lwów 1938.

 

Prawa i obowiązki wolentariusza

Decydując się na bycie wolontariuszem warto znać swoje prawa i obowiązki, które wynikają z „Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie”.

  1. Będąc wolontariuszem możesz świadczyć pomoc na rzecz organizacji pozarządowych, podmiotów działających na podstawie przepisów regulujących stosunek państwa do Kościoła katolickiego i innych kościołów i instytucji publicznych z wyjątkiem prowadzonej w tych instytucjach działalności gospodarczej.
  2. Jako wolontariusz powinieneś posiadać odpowiednie kwalifikacje. Nie znaczy to oczywiście, że w szpitalu wolontariuszami mogą być tylko lekarze lub pielęgniarki. Jeśli pomagamy dzieciom w odrabianiu lekcji albo umilamy im różnymi zabawami pobyt w szpitalu, to nie musimy skończyć studiów medycznych.
  3. Jeśli jesteśmy wolontariuszami do 30 dni, to wystarczy, że „dogadamy” się ustnie (natomiast na prośbę wolontariusza porozumienie może być zawarte na piśmie) , natomiast, jeśli pracujemy powyżej 30 dni, to nasza organizacja/instytucja musi zawrzeć z nami porozumienie na piśmie, które powinno zawierać zakres naszych obowiązków, okres trwania porozumienia, możliwość jego rozwiązania.
  4. Liczą się dni kalendarzowe, niezależnie od tego ile razy w miesiącu świadczymy pomoc.
  5. Świadczenie wolontariusza nie jest stosunkiem pracy, tylko stosunkiem cywilno- prawnym, dlatego w ustawie jest mowa o świadczeniu wolontariusza, a nie o pracy.
  6. Wolontariusz, na własną prośbę, może otrzymać zaświadczenie o wykonywaniu świadczenia oraz opinię o swojej pracy.
  7. Organizacja/instytucja, w której pracujesz powinna poinformować cię o zasadach bezpiecznego wykonywania świadczenia oraz zapewnić bezpieczne i higieniczne warunki pracy.
  8. Organizacja/instytucja może pokrywać koszty delegacji służbowych i diet. Jednak wolontariusz może na piśmie zwolnić organizację z całości lub części tych świadczeń.
  9. Organizacja/instytucja może także pokrywać inne koszty związane z wykonywaniem świadczenia oraz koszty szkolenia.
  10. Podmiot na, rzecz którego świadczysz pomoc może, ale nie musi, objąć cię ubezpieczeniem zdrowotnym. Jest to wyłącznie dobra wola organizacji i jeśli nie ma ona odpowiednich środków, nic jej do tego nie obliguje.

Natomiast przysługuje ci zaopatrzenie z tytułu wypadku przy pracy. Masz takie same prawa w tym zakresie jak pracownik etatowy. Warto pamiętać, że w przypadku, jeśli świadczysz pomoc do 30 dni, organizacja musi wykupić dla ciebie ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków (NW). Natomiast, jeśli zawrzesz porozumienie na okres powyżej 30 dni, koszty ubezpieczenia przejmuje na siebie państwo. Dlatego ważne jest, aby porozumienie, o którym mowa, zostało zgodnie z ustawą zawarte na piśmie. Organizacja powinna poinformować cię, jakie są twoje prawa i obowiązki zgodnie z ustawą o wolontariacie.

Ważne informacje:

ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie.

Portal organizacji pozarządowych (www.ngo.pl)

 

Lwów – miasto, którego trzeba i warto się uczyć

Nie pochodzę z Kresów i nie zamierzam się zgrywać na Kresowiaka; jedynie po 1863 roku w wyniku powstania styczniowego, na Wschodzie powstała oddzielna gałąź mej rodziny. Kiedy jednak przed rokiem zaproponowano mi współpracę z poznańskim oddziałem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich, przystałem na to, choć początkowo z pewnymi oporami i bez przekonania, bo spraw wschodnich najwyraźniej „nie czuję”. Potem była audycja studyjna w Telewizji ELSAT, w cyklu „W Labiryncie Historii”, kolejne spotkania, drobne prace na rzecz Towarzystwa – i zdecydowałem się dołączyć. Ujęła mnie w tej organizacji rzadko dziś spotykana atmosfera spotkań, stosunki panujące pomiędzy osobami niegdyś pozbawionymi rodzinnych stron, ogólna, szczera serdeczność i życzliwość. Przede wszystkim kierowała mną i nadal kieruje ogromna ciekawość ludzi, ich charakterów,  doświadczeń  i miejsc, z którymi tak silnie wciąż są związani. Będą więc to refleksje osoby stojącej z boku, patrzącej na te sprawy bardziej rzeczowo i z dystansem – co Koleżanki i Koledzy z Towarzystwa, mam nadzieję, mi wybaczą.

Wielkim doświadczeniem i przygodą był dla mnie wyjazd do Lwowa pomiędzy 27 kwietnia i 1 maja 2008 roku. Dzięki cennemu a życzliwemu sponsoringowi p.  dr. Romana Dawida Taubera, Rektora Wyższej Szkoły Hotelarstwa i Gastronomii, można było zorganizować wyprawę do dawnej stolicy Małopolski Wschodniej, z darami dla mieszkających tam Polaków. Jest to akcja charytatywna prowadzona przez Towarzystwo już od wielu lat, serdecznie a z wdzięcznością przyjmowana przez ludzi żyjących za granicą często w naprawdę trudnych warunkach. Dla osób, które jeszcze nie znały Lwowa zorganizowano grupę, która została oprowadzona po najważniejszych miejscach i obiektach miasta.

Pojechałem głównie po to, by się uczyć. Nieznanych mi dotąd stron i ludzi, porównać swoją dotychczasową wiedzę z realiami Kresów, wyprowadzić wnioski. A wszystko odbyło się we wspaniałej atmosferze. Jechaliśmy wygodnym autokarem, zamieszkaliśmy w hotelu „George” przy placu Adama Mickiewicza (a więc w centrum miasta), przewodniczką zaś była przemiła i wielce kompetentna Pani Iza – córka nestora przewodników lwowskich.

Lwów, stare miasto położone na skrzyżowaniu newralgicznych szlaków handlowych, zawsze był nieco kosmopolityczny, matecznikiem wielu kultur, języków i religii. Administracyjnie wchodząc w skład Korony, od tej strony zawsze był bardziej polski niż Wilno – odwieczna stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego (co prawda kulturalnie znacznie spolonizowane). Narodowości licznie zaludniające Lwów, żyły na ogół zgodnie – aż do 1 listopada 1918 roku, gdy z inicjatywy administracji dogorywajacej monarchii Habsburgów, odrodzono konflikty narodowe i uruchomiono nienawiści, dotychczas ukrywane lub może nawet nieuświadamiane. Od tej strony spokoju nie ma tam do dziś, owe niepokoje tlą się podskórnie, podsycane pamięcią krwawego dramatu z lat 1942 – 1948. W niczym to jednak nie zmieni faktu, że  w latach 1867 – 1918 Lwów był stolicą Galicji, Małopolski Wschodniej, tchnął wielkim światem i echem Wiednia – w odróżnieniu od hieratycznego, zapatrzonego w przeszłość, ale też zapyziałego, nieco obskurackiego a klerykalnego Krakowa.

Odruchowo zacząłem porównywać Lwów z oglądanym kilka miesięcy wcześniej Wilnem. Tam było wypreparowane z miasta zabytkowe centrum, dopięte niemal na ostatni guzik, nastawione na reklamę i chwałę w oczach gości i turystów – i dalekie od bogactwa obrzeża stolicy Litwy. Tutaj, we Lwowie, zgrzebność widoczna jest niemal na każdym kroku. Gdyby usunąć samochody i niektóre zewnętrzne elementy naszych czasów, przenieślibyśmy się w czasy Franciszka Józefa I, ery autonomicznej i w epokę Dwudziestolecia międzywojennego. Te same, fascynujące secesją kamienice, ta sama kostka brukowa (asfaltu nie jest tam wiele), te same stare a monumentalne pałace i gmachy rządowe. Te same, charakterystyczne świątynie, wieże, dachy i podwórza. Lwów nie był zniszczony działaniami wojennymi, nie trzeba więc było odbudowywać miasta. Zatem główna część historycznego centrum przetrwała w niewiele zmienionym stanie – tylko z wyraźnie widocznym zębem czasu. Widać, że przez kilka dziesięcioleci niewiele zrobiono dla zabezpieczenia miejsc i domów, a dziś ogromnie trudno nadrobić powstałe zaległości. Z zewnątrz jeszcze wszystko jako tako wygląda, często jednak lepiej nie zaglądać na podwórka i do starych mieszkań, które najpierw przeszły przez falę realizowania  „aktu sprawiedliwości dziejowej”, a potem nie miał ich kto remontować i konserwować. Remont i konserwacja wszystkiego od razu, jest dziś niemożliwa, pozostaje bolesny wybór – co się i czyni, ale nierzadko w połączeniu z usuwaniem elementów polskich.

Całkowicie za to zmienił się skład ludności Lwowa. W okresie międzywojennym Polacy stanowili  około 3/4 mieszkańców miasta – trzeciego pod względem wielkości (po Warszawie i Łodzi) w Rzeczypospolitej. Dziś jest to zaledwie jeden procent. Inna mowa na ulicach i w lokalach, język polski dominuje tylko w kilku punktach miasta – a i to przeważnie w miejscach, które odwiedzają czasowi przybysze z Polski. Nic dziwnego, dochód z turystyki zza Sanu jest ogromnym zastrzykiem dla finansów Lwowa i jego mieszkańców. Zatem raczej nie spotyka się demonstrowania niechęci wobec Polaków – inaczej niż poza miastem, gdzie miejscowa ludność ukraińska zachowuje się co najmniej nieufnie, tak, jak nasi mieszkańcy ziem zachodnich i północnych, gdy nagle pojawi się tam przybysz z Niemiec. Wyraźnie jednak  Ukraińcy patrzą na nas uważnie, a tu i ówdzie widać przejawy akcentowania ukraińskości miasta – często w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Jednym z głównych bohaterów Lwowa jest Stepan Bandera: ma tu swoją ulicę, pomnik przy kościele św. Elżbiety, jest patronem politechniki. Jeden z czołowych dowódców UPA, Roman Szuchewycz, osławiony  „Taras Czuprinka” patronuje arterii komunikacyjnej i jest bohaterem tablicy pamiątkowej umieszczonej… na ścianie polskiej szkoły.  W księgarni można zobaczyć reklamę książki o Ukraińskiej Powstańczej Armii „która powinna być w każdym ukraińskim domu”, a zaraz obok jest mapa wskazująca zasięg plemion ukraińskich we wczesnym średniowieczu aż po… Prosnę.  Wydarzenia z końca 1918 roku (traktowane przez Ukraińców jako powstanie narodowe) akcentowane są, w odpowiedniej formie, na tablicach pamiątkowych, przy których co pewien czas gromadzą się na swoich  masówkach i wiecach wielce tu honorowani weterani UPA. Jedno z takich spotkań na Prospekcie Swobody mogliśmy zobaczyć 28 kwietnia; ujawnienie  polskiego pochodzenia mogłoby się tam zakończyć raczej niemile… A uważać trzeba, bo dzisiejsi lwowianie znają, a przynajmniej rozumieją  język polski; alergicznie za to reagują (inaczej niż starsi i średni wiekiem Litwini) na język rosyjski. Na bazarach można kupić  nawet T-shirty z jednoznacznymi hasłami na ten temat. O „Lachach” raczej bez wyraźnej potrzeby się nie wspomina, o „Moskalach” – i owszem. Niemal zawsze w pejoratywnym kontekście. Ale i nas, w kwietniu 2008 roku spotykały różne niespodzianki. Już celnik na granicy, po zapoznaniu się z nazwą hotelu, w którym się zatrzymamy, stwierdził sugestywnie: „Bohaty ludzi, w ‚Żorż’ jedut”. No i staliśmy bezczynnie dwie godziny…   Nie dostalibyśmy się do wnętrza Kasyna Ziemiańskiego, bez nieformalnej opłaty od osoby, strażnicy zaś przy Politechnice, na widok zbliżającej się naszej grupy, pośpiesznie przystąpili do zamykania bramy wjazdowej. W sklepach przyjmowani byliśmy grzecznie i życzliwie, ale przed Cmentarzem Łyczakowskim autobus obskoczyli chłopcy domagający się pieniędzy… i radośnie klaszczący, gdy kierowca autokaru miał kłopot z wyjazdem z parkingu. Były więc miejsca i miejsca, ludzie i ludzie.

Znana, a wciąż gorąca jest we Lwowie sprawa wydarzeń z przełomu lat 1918 – 1919 i Cmentarza Orląt Lwowskich na Łyczakowie. Po latach celowej dewastacji i wandalizmu wreszcie pozwolono uporządkować i choćby częściowo zrekonstruować nekropolię – ale z równoległym, bardzo podobnym w formie cmentarzem żołnierzy ukraińskich. Tu zaglądają niemal wyłącznie Polacy – przede wszystkim ci przybyli z kraju. Między polskie groby na Cmentarzu Łyczakowskim licznie wkroczyły dość charakterystyczne stele – nagrobki notabli ukraińskich, lokatorów zmieniły też niektóre wiekowe grobowce. Powoli zachodzi potrzeba uruchomienia na większą niż dotąd skalę, akcji ratowania pomników na tej nekropolii. Konserwacji wymagają nawet niektóre nagrobki słynnych działaczy polskich, a wzruszający pomnik nagrobny Artura Grottgera porasta mech; niektóre napisy na nim są już prawie niewidoczne.

Prawie nic już nie pozostało z charakterystycznej przedwojennej atmosfery Lwowa rozśpiewanego, „luzackiego”, trochę cwaniackiego, czasem szemranego, w specyficzny sposób szarmanckiego – ale i silnego intelektualnie, z mocną pozycją wielu nauk, m.in. matematyki, historii, nauk technicznych. Jedynie na Prospekcie Swobody wieczorami skrzykują się spontanicznie grupy przypadkowych przechodniów, którzy stojąc w kole, wcale składnie śpiewają ukraińskie pieśni narodowe – patriotyczne, ale nie agresywne nacjonalistycznie. Tu i ówdzie widać też szachistów grających na ławce w parku,  otoczonych wianuszkiem kibiców – wyłącznie mężczyzn.

Polskość Lwowa tkwi w zabytkowej sferze materialnej miasta, lecz już nie w ludnościowej. Dzisiejszy Lwów to miasto, w którym nie wolno mieszać przeszłości z teraźniejszością,  o ile nie chcemy stworzyć mieszaniny wybuchowej, która doprowadzi do zniszczenia tych resztek polskości etniczej, jakie tam jeszcze pozostały. Smutna też jest inna refleksja: ten sam los nieuchronnie czeka i Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich, gdy odejdą ostatni, urodzeni w tamtych stronach. Nadzieją kontynuacji tradycji jest zaaangażowanie druhen i druhów ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej – ale nie będzie to już ten duch, co obecnie, będzie to bardziej działanie na przekór, próba cofania historii – a nie ważenie stanowisk i krzewienie zgody. Także we Lwowie stopniowo wygasa Polska etniczna, nie ma tam (podobnie zresztą jak w Wilnie) silnej polskiej inteligencji, która byłaby w stanie zorganizować prężny ruch narodowy. Działają polskie organizacje i towarzystwa, które czynią wszystko, by podtrzymać nasze tradycje, ale muszą bardzo uważać w obliczu realiów, z którymi mają na co dzień do czynienia. Istnieje nawet pewien rozdźwięk pomiędzy Ukrainą centralną i wschodnią z Kijowem, nastawioną proeuropejsko i daleką od nacjonalizmu – a Ukrainą zachodnią, konsekwentnie kultywującą tradycje UPA. Ten tygiel kipi podskórnie, tylko od czasu do czasu widać pojedyncze, dość jednoznaczne sygnały i trzeba bardzo uważać, by para z tego kotła nie wydostała się szeroką falą na zewnątrz. W tych właśnie realiach funkcjonują lwowscy Polacy – i członkowie Towarzystwa udzielający im wsparcia. Zrozumiały żal, irytacja, gorycz, tęsknota za utraconymi ziemiami ojczystymi, nie zmienią twardych realiów czasu. Jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji wydaje się być możliwie szybkie przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej, co otworzy drogę wzajemnym kontaktom i być może choć trochę zatrze dzielące różnice i zaszłości. Nie podział na moje i twoje, lecz świadomość, że to jest nasze, może doprowadzić do harmonii. W tej chwili bowiem mamy do czynienia z koniunkturalizmem politycznym i hipokryzją, gdy Rosji bez końca (skądinąd słusznie) wypominamy Katyń i łagry, ale o rzezi wołyńskiej, o potwornych wyczynach banderowców na Kresach Południowo – Wschodnich zachowuje się dyplomatyczne milczenie. A przecież są to kwestie nieporównywalne. Czy sprawy te kiedyś zostaną uregulowane? Z pewnością. Ale na pewno przełom na przyszłość można widzieć w Unii Europejskiej.

A ja do Lwowa na pewno jeszcze pojadę. Nie raz i nie dwa razy. Tego miasta naprawdę trzeba i warto się uczyć.

Marek  Rezler