93 rocznica śmierci Antosia Petrykiewicza

93 rocznica śmierci Antosia Petrykiewicza16 stycznia minęła 93 rocznica śmierci Antosia Petrykiewicza. Umierał w wieku 13 lat, walcząc w obronie swojego ukochanego miasta. Dziś jest postacią znaną przeważnie tylko kresowiakom. Był najmłodszym polskim żołnierzem, który odznaczony został Orderem Virtuti Militari.

Antoś Petrykiewicz urodził się w 1905 r. we Lwowie. Był uczniem II klasy lwowskiego gimnazjum, kiedy to Polska poderwała się w listopadzie 1918 r. do walki o niepodległość.

Wychodzący ze Lwowa Austriacy pozostawili miasto w rękach Ukraińców. Gdy polska ludność rano 1 listopada zobaczyła na Ratuszu i innych budynkach flagi ukraińskie, ruszyła do odbicia władzy. Rozpoczęły się walki o Lwów. W mieście nie było polskiego wojska, ludność cywilna chwyciła za broń.

Dla Antosia i wielu jego rówieśników był to moment wielkiej próby. Miasta zaczęła bronić młodzież i dzieci, by zachować je dla odradzającej się Polski. „Lwowskie Orlęta” poświęcały swoje młode życie dla Ojczyzny. Od pierwszych dni listopada, pod dowództwem Romana Abrahama w oddziale „Straceńców”, walczył 13-letni Antoś Petrykiewicz. 23 grudnia 1918 r. został ciężko ranny w walkach pod Persenkówką broniąc „Reduty Śmierci”, „Góry Stracenia”. Zmarł trzy  tygodnie później, w szpitalu na Politechnice Lwowskiej, 16 stycznia 1919 r. na skutek odniesionych w walce ran. Roman Abraham wspominał, że Antoś „…w walce był nieustępliwy”.

Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski odznaczył pośmiertnie szeregowego Antoniego Petrykiewicza za męstwo Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Po dziś jest on najmłodszym polskich żołnierzem, którego uhonorowano tym odznaczeniem.

Antoś Petrykiewicz został pochowany w katakumbach na Cmentarzu Orląt. Na jego nagrobku widnieje napis: ” szer. Petrykiewicz Antoni, lat 13, uczeń II klasy gimnazjum V z odcinka III Góra Stracenia, ranny 23.XII. na Persenkówce, + 16 I 1919 r., kawaler Virtuti Militari, 3 krz. wal., odznaką rycerzy śmierci, odz. III odc. Orlęta”

Bard Lwowa, Henryk Zbierzchowski tak o nim napisał:

O Antosiu Petrykiewiczu

W pamięci ten żołnierz mały,
Który ocalił Lwów.
Dla Polski chwały:
Czapka większa od głowy,
Pod którą widać włos płowy.
A na obszernym mundurze
Jak ze starszego brata
Na łacie łata,
Dziura na dziurze.

Hanna Dobias-Telesińska

Śpiewanie kolęd w Restauracji Kresowej

W niedzielę wieczorem, 15 stycznia b.r. przedstawiciele naszego Oddziału, zaproszeni przez gospodarzy Restauracji Kresowej, uczestniczyli w spotkaniu, na którym śpiewano kolędy. Było to wspaniałe kresowe śpiewanie. Poza nami byli także zaproszeni członkowie Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej.

Atmosfera i nastój był świąteczny, uczestnicy raczeni barszczem, kapustą z grzybami oraz pączkami, przy kawie i herbacie, nie żałowali głosów. Mikrofon krążył między stołami. Każdy mógł wybrać kolędę, którą chciał zaśpiewać. Przy naszym stole siedział wielki tenor wielu scen świata Marian Kouba i w jego wykonaniu kolędy „rozsadzały” ściany lokalu. Wszyscy podziwiali siłę jego głosu.

Tego dnia Restauracja Kresowa obchodziła także 18-to lecie swego istnienia. Gospodarze otrzymali od gości kwiaty, gratulacje, życzenia, stosowny telegram i okolicznościowy kufel do piwa.

Coroczne kolędowanie to już tradycja. Gospodarze zapraszają przedstawicieli towarzystw kresowych, którzy chętnie uczestniczą w tych spotkaniach. Na koniec były także piosenki wileńskie i lwowskie.

Hanna Dobias-Telesińska

DSC
Śpiewa Mistrz Marian Kouba – fot. J. Kołodziej

Akcja charytatywna SERCE DLA LWOWA

AKCJA  CHARYTATYWNA „SERCE DLA LWOWA”
Bożena Łączkowska

Wyjazd do Lwowa nastąpił późnym wieczorem 15 listopada 2011 r. Autobus był maksymalnie załadowany darami, w tym 120 paczkami dla osób indywidualnych. W niedzielę wszyscy odpoczywali po trudach podróży, odwiedzając m.in. Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich.
28 i 29 listopada harcerze roznosili paczki do osób starszych i schorowanych (każda paczka ważyła ok. 8 kg.) Rozpoczęło się również wydawanie darów dla przedszkoli, lekarstw dla polskiej, społecznie prowadzonej przychodni, dla czterech kościołów, Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie, Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, redakcji Kuriera Galicyjskiego i innym.
Dwie przedstawicielki naszego Towarzystwa pojechały z darami do Towarzystwa Kultury Polskiej w Nowym Rozdole.
30 listopada, wczesnym rankiem, nastąpił wyjazd do Rohatyna, Brzeżan i Przemyślan. W Rohatynie dary otrzymał ks. Marian Skowyra. Odwiedziliśmy także przedszkole, które prowadzą ss. Sercanki dla ok. 25 dzieci, głównie ukraińskich. Oprócz wychowania religijnego, siostry uczą dzieci także języka, angielskiego i polskiego. Przedszkole cieszy się dużym zainteresowaniem, na wolne miejsca czeka ok. 30 dzieci. W Brzeżanach dary zostały złożone w kościele u ks. Andrzeja Reminecia oraz w Towarzystwie Kultury Polskiej, które zaprosiło nas do miejscowej biblioteki na spotkanie z członkami Towarzystwa oraz osobami, które rozpoczęły naukę języka polskiego. Dary dostarczono również Księżom Salezjanom w Przemyślanach.
1 grudnia delegacja naszego Oddziału i harcerzy złożyła wizytę siostrom Jadwidze i Irenie Zappe, które otrzymało od nas honorowe odznaki Towarzystwa (patrz relacja w Kurierze Galicyjskim nr 23/24). Członkowie Towarzystwa Odwiedzili również Lwowskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych i spotkali się z prof. M. Maławskim i artystami. Gościli także w Polskim Radiu i redakcji Kuriera Galicyjskiego. Osobne spotkanie odbyło się także z prezesem klubu sportowego Pogoń we Lwowie panem Markiem Horbaniem. Omówiono m.in. planowane spotkanie piłkarzy Pogoni z piłkarzami Warty Poznań podczas XV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu, planowanych na wrzesień b.r.
1 grudnia druhny i druhowie złożyli wizytę w jednym z czterech lwowskich polskim oddziale przedszkolnym. Dzieci obdarowano słodyczami, po czym nastąpiła wspólna zabawa, pląsy i piosenki.
2 grudnia odwiedziliśmy parafię M. Boskiej na Zboiskach i kościół budowany staraniem ks. Andrzeja Jagiełki, który oprowadził nas po wielce już zaawansowanej w budowie świątyni.
W tym dniu złożyliśmy też wizytę ks. Janowi Kucowi w Seminarium Duchownym lwowskiej kurii metropolitalnej. Ks. Jan Kuc w poprzednich latach był proboszczem parafii pw. Św. Piotra i Pawła w Brzeżanach. Dla seminarzystów również pozostawiliśmy trochę słodyczy na „Mikołaja”.
Akcja charytatywna przebiegła bez jakichkolwiek zakłóceń. Zostaliśmy przyjęci z wielką życzliwością, otrzymaliśmy liczne podziękowania.

„Opłatek” w Lesznie

    W Klubie Tęcza Leszczyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na tradycyjnym „opłatku”  członków Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział w Lesznie, w dniu 9 stycznia 2012 r. gościła delegacja poznańskiego Oddziału TML i KPW w składzie: Stanisław Łukasiewicz, Władysław Opiat, Włodzimierz Matkowski i Ryszard Piasek. Współpraca leszczyńskiego i poznańskiego Oddziałów Towarzystwa układa się znakomicie, czego wyrazem są wspólnie organizowane imprezy oraz  wieloletnie związki lwowskich działaczy Leszna i Poznania.
Opłatkowe spotkanie zaszczycili swoją obecnością między innymi: Tomasz Malepszy pełniący już 4 kadencję funkcję prezydenta Miasta Leszna, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Wojciech Rajewski, ks. prałat Konrad Kaczmarek – kapelan lwowiaków oraz Mieczysława Majsner – Prezesa LSM.
Po powitaniu uczestników spotkania i gości honorowych prezes leszczyńskiego Oddziału Towarzystwa Wiesław Marusza podsumował działalność Towarzystwa w 2011 r. Do znaczących osiągnięć Towarzystwa należą między innymi: zabawa karnawałowa wspólnie ze Związkiem Emerytów, Rencistów i Inwalidów RP, dwa pikniki na polanie „Pod Trzema Dębami”, wycieczka na Kresy, 2 konkursy Gwary Lwowskiej i Poznańskiej, udział w Festiwalu Piosenki Kresowej w Górze, oraz przekazywanie zbieranych darów przez członków Stowarzyszenia patronackiej szkole w  Kowlu.
Po błogosławieństwie udzielonym przez ks. prałata Konrada Kaczmarka wszyscy kolędowali,  łamali się opłatkiem i składali sobie życzenia przy tradycyjnej lampce wina.
W imieniu  Towarzystwa Miłośników Lwowa z Poznania serdeczne życzenia dla wszystkich członków Towarzystwa w Lesznie oraz upominki przekazał wiceprezes Oddziału Stanisław Łukasiewicz; wśród nich znalazła się książka „Rodzina Kucharów„. (Rodzina Kucharów znalazła się również  w zbiorze „Arcylwowianie” Franciszka Smolki.) Warto zapoznać się z tym zestawieniem. http://lwowiacy.pl/wp-content/uploads/2017/03/plik_usinięty.png. Ludwik Kuchar (1865-1927) był twórcą muzyki do hymnu Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (http://www.sokol.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=140&Itemid=125).
Konsumpcji słodyczy i tradycyjnej kutii towarzyszyły występy Chóru VIOLA pod kierownictwem Grzegorza Adamczaka ze Świętochowy.
Zakończenie spotkania uświetnił pokaz filmów o Lwowie i Ziemi Świętej znakomitego podróżnika oraz  filmowca Ryszarda Piaska. O klasie jego twórczości świadczy fakt, że jest autorem ponad 130 filmów dokumentalnych i reportaży z najdalszych zakątków świata (http://www.ryszardpiasek.pl/). Wielu uczestników spotkania opłatkowego wykorzystało możliwość bezpośredniej rozmowy z twórcą filmów oraz zakupu prezentowanych filmów.
Urzekła nas rodzinna atmosfera tego opłatkowego spotkania w spółdzielczej Sali LSM. Wśród serdecznych życzeń leszczyńskich lwowiaków dla gości z Poznania nie zabrakło marzeń by i u Was na opłatku pojawili się Prezydent Miasta Poznania i Przewodniczący Rady Miejskiej, a może i prezesi choćby jednej z wielkich poznańskich spółdzielni? (http://leszno24.pl/Kutia_na_lwowskim_oplatku_%28zdjecia%29_,10259.html).

Władysław Opiat

„Opłatek” w Towarzystwie

Moim kochanym Rodakom z Poznania

Dzieląc się opłatkiem
Alicja Romaniuk

Gdy zapalicie świeczkę
i Wieczerza będzie
na obrusie bieli
proszę
byście o nas
pomyśleć zechcieli
o tych
co Kresy hen dalekie
nie opuścili przez wieki.

Winę tylko jedną mają,
że tak bardzo ziemię Ojczystą
Polskę kochają
ciągle wypatrują
w stronę, gdzie słońce zachodzi
mrużąc oczy wyblakłe od starości,
może wracają,
może ktoś bliski nadchodzi
niosąc dobre wiadomości.

O tych
co w samotności
wycierają łzy
dziękując Bogu
za kawałek chleba
dajcie im troszeczkę otuchy,
miłości,
której tak bardzo wszystkim potrzeba.

 

19 grudnia w Sali Zegarowej w Centrum Kultury ZAMEK, po wyborach do władz nowej kadencji,  spotkali się lwowiacy i sympatycy na tradycyjnym „Opłatku”. Gościem spotkania był wnuk siostry Zbigniewa Herberta prof. Rafał Żebrowski, który w bardzo interesujący sposób opowiadał o swoim krewnym. Zebrani mogli nabyć książkę jego autorstwa: Zbigniew Herbert. „Kamień na którym mnie urodzono” oraz zdobyć autograf z dedykacją. Książka napisana jest bardzo ciekawie, zawiera wiele fotografii z życia poety i jego rodziny.

Na początku spotkania pani Bożena Łączkowska złożyła zebranym życzenia świąteczne.  Po czym Stanisław Łukasiewicz, organizator, zdał relację z akcji charytatywnej, o jej przygotowaniach, przebiegu, opowiedział o wzruszeniach, jakich doznawali przy przekazywaniu paczek Polakom w podeszłym wieku, do których docierali harcerze. Przekazał gorące podziękowania od obdarowanych.

Ks. kanonik Tadeusz Magas poprowadził modlitwę, uczestnicy święta podzielili się opłatkiem.

Spotkanie tańcami uświetnili uczniowie Szkoły Podstawowej Nr 1 oraz inscenizacją lwowską młodzież z Gimnazjum Nr 65.

Przy świątecznie zastawionym stole, z lwowskimi słodkościami, kutią pani Danusi Szwarc i barszczem z Restauracji Kresowe,j zebrani śpiewali kolędy, wspominali, świętowali.

Hanna Dobias-Telesińska

DSC
Ks. Kanonik Tadeusz Magas

 

Opowieść z Kazachstanu

Fragmenty wspomnień Zofii Pełkowej, matki Danuty Maciejewskiej – członka poznańskiego Oddziału TML i KPW, opublikowanych w książce Teofila Mikulskiego „Fotografia zbiorowa Polaków deportowanych do okręgu pawłodarskiego”, wydanej przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego w 1995 r.

SYBERYJSKIE ZESŁANIE
Zofia Pełkowa

„…Przyszli o 12 w nocy 13 kwietnia 1940 r. Zbudził nas łomot w drzwi, walili kolbami. Zerwałam się, przerażona otwieram. Stoi dwu drabów, reszta z tyłu, twarze bandytów, nie z Chołojowa. Jest z nimi znajomy, sprzedawca ze sklepu spożywczego, nauczyciel-emeryt, Ukrainiec. Często tam kupowałam, znał mnie, mówi: „Niech się pani zbiera, musicie jechać”. Zbudziłam dzieci, kazałam im się myć i ubierać. Najmłodszą sama ubrałam. Pościel spakowałam do sienników, a kuferka nie pozwolili zabrać, bo za duży, nie zmieści się. Najlepsze rzeczy zostały w tym kufrze. Miałam jeszcze jeden, mniejszy, mąż z nim wędrował do szkoły jako dziecko. Spakowałam jakieś najpotrzebniejsze rzeczy, a właściwie co w rękę wpadło. Trochę wzięłam naczyń, ale wszystko oglądali, co zabieramy…
Załadowali nas na furę… Było już rano. Po drodze stali znajomi ludzie. Kobiety płakały, niektóre podawały jeszcze coś na drogę do jedzenia dla dzieci. Patrząc na te wszystkie płaczące kobiety, znajome z Koła Gospodyń, mówiłam: „Ja tu wrócę!”…
Nikt nie powiedział, że to jest karne przeniesienie, że jesteśmy wywłaszczeni, skazani. Przeciwnie, mówiono: Jedziesz do męża. Dzieci były bardzo przejęte, wielokrotnie obracały się, przypatrywały sprzętowi i domowi, jakby chciały zachować go w pamięci. Najbardziej Danusia, Powtarzała przy tym: „Ja to muszę zapamiętać”. Jeszcze z najodleglejszego punktu   patrzyły na dom, aż zniknął za horyzontem…
Na dworcu w Radziechowie, na bocznym torze, stał długi szereg wagonów towarowych. Zwożono ludzi z całego powiatu. Każdy wagon miał po dwu stronach specjalnie zrobione półki, zwane przez naszych dozorców narami. Do każdego wagonu pakowano po 40 osób, kobiet, dzieci, starców, młodych chłopców. Mężczyzn w sile wieku nie było. W wagonie każdy miał swoje miejsce na pryczy, a pod nią składali ludzie swój skromny dobytek. Obok nas na półce leżała kobieta, kilka dni po porodzie, z malutkim niemowlakiem i dwójką starszych dzieci.
Wagony były zadrutowane i plombowane. Jechali z nami uzbrojeni strażnicy. Z jedzeniem było na razie nieźle, każdy coś miał na drogę z domu. Codziennie wypuszczano jedną osobę z dwoma wiadrami po wodę i zupę na 40 osób. Mało było picia, a o myciu się cały czas mowy nie było. W takim stanie też jechało przez miesiąc nie myte niemowlę. Matka darła jakieś szmaty, jakie tylko mogła, wycierała dziecko, a szmaty wyrzucała. Dziecko umarło po miesiącu pobytu w Kazachstanie…
Najgorsza sprawa była z ubikacją. W ogóle nie było czegoś podobnego w wagonie. Znaleźli ludzie najsłabszą deskę w podłodze i wydarli dziurę. Gdy jeden tam szedł, inny trzymał koc, bo jechali przecież ludzie różnej płci i wieku.
Zwieziono nas na plac targowy, który o tej porze był pusty. Tam, bez dachu nad głową, na ziemi, siedziałyśmy dwie noce. Tubylcy świętowali l Maja, a nasze dzieci trzęsły się z zimna, bo noce o tej porze roku są tam jeszcze zimne. Nikt się nami nie interesował. Dopiero 2 maja zaczęły podjeżdżać ciężarówki i rozwozić ludzi w step. Nas zawieziono do odległej o 100 km wsi Kantorka … Wyrzucono nas na placu we wsi. Samochody odjechały, a nas zostawiono – róbcie, co chcecie. Trzeba było szukać dachu nad głową. Kto nas weźmie?
Jedzenia było bardzo mało. Chleba dostawało się pół kilograma na pracującego i 200 g na dziecko. Chleb był tak ciężki, że były to małe kawałeczki. Na stepie rosła półdzika roślina jadalna przypominająca cebulę. Zrobiłam Dobruni woreczek ze sznureczkiem na szyję lub na ramię jako plecaczek i z tym szła na step zbierać tę cebulę. Dalszym zajęciem Dobruni było umycie tej cebuli, pokrojenie i gotowanie w czugunie. Danusia latem poszła do brygady na sianokosy. Ponieważ była jeszcze mała, nie miała siły do innej pracy. Posadzili ją na grabie konne, do których zaprzężony był wielbłąd. Grabiła suszące się siano. Była to dla niej ciężka praca, bo musiała ręcznie podnosić grabie. Bardzo skarżyła się na bolące ręce i plecy. Mówiła, że te grabie chyba jej powyrywają ręce. Pracowała jednak, bo dostawała trochę więcej jedzenia. Nawet jako dziecko, i to przepracowane, nie wszystko zjadała. Cieszyła się bardzo, gdy mogła nam odstąpić trochę mleka, zupy czy chleba. Szłyśmy wówczas z Dobrunią i w banieczce coś przynosiłyśmy do domu, bo Danusia nocowała w brygadzie.
Z wodą było bardzo ciężko. Trzeba było po nią iść do rzeki albo do studni, jeżeli nie była zamarznięta. Studnie nie były ocembrowane. Była to po prostu dziura w ziemi, dlatego bałam się posyłać dzieci po wodę. Chodziłam więc sama lub z dziewczynkami, gdy potrzeba było więcej wody.
Zima tam, w Kazachstanie, trwa długo. Drogi są zasypane. Podczas burz mąki lub należnego chleba nie dowożą i nie wydają. Z miejscowego magazynu nie można było wziąć zboża. Zaczęłyśmy głodować.
Powiedziano mi, że gdzieś w stepie na polu zostały ziemniaki. Wzięłam sanki, pojechałam na pole, ale jak w tych warunkach znaleźć coś pod grubą warstwą śniegu? Zapadałam się po kolana. Doszłam do jakichś zabudowań. Od tyłu nie było wejścia ani okien. Zobaczyłam, że na śniegu leży coś ciemnego. Podeszłam – a to dwa zamarznięte barany. Nie zastanawiałam się, położyłam jednego na sanki, przywiązałam sznurkiem i pędem do domu. Zanim doszłam, zrobił się wieczór, a moje dziewczynki cały dzień były głodne. Wychuchały sobie w okienku dziurkę w lodzie i krzyczą – słyszę już z daleka: „Mama idzie i coś wiezie, będziemy jadły!”
W Pawłodarze była polska szkoła, więc zapisałam do niej Dobrochnę. Danusia nie chciała iść do szkoły, bo musiała pracować. Nowy dyrektor „Pieduczyliszcza” zainteresował się tym. Jak to, taka dziewczynka do szkoły nie uczęszcza? Gdy dowiedział się o przyczynie, tak zorganizował jej pracę, iż nazywało się, że Danka pracuje a naprawdę chodziła do szkoły.
Już w Pawłodarze dowiedziałam się, że w przytułku dla starców mieszka pani Januszowa, wywieziona wraz z nami z Chołojowa. Odwiedziłam ją. Był to barak zastawiony pryczami, zgodnie z nazwą „przytułek”. Pani Januszowa była bardzo wyczerpana, widać było na niej cierpienie, była bardzo biedną starszą kobietą. Nic nie zostało w niej z dawnej osoby. Czułam, że widzimy się po raz ostatni. Nie wiedziałam co mówić, jak ją pocieszyć. Jej mąż, podobnie jak mój, także się nie odnalazł. Wkrótce pani Januszowa zmarła.
Zbliżał się dzień 7 listopada – rocznica rewolucji. Od czasu zniesienia oblężenia Leningradu przez wojska niemieckie, dyrektorowi szkoły przydzielono do pomocy komendantkę, która zajmowała się sprawami administracyjnymi. Na rocznicę rewolucji poleciła mi przystroić świetlicę. Przyniosłam świerkowych gałęzi, udekorowałam nimi portrety, trochę gałęzi rozwiesiłam na ścianach, umyłam podłogę i poszłam po komendantkę, aby oceniła pracę. Wpadła w zachwyt: Sonia, kak ty eto choroszo zdiełała! Dyrektor – Rosjanin, w przeciwieństwie do swego poprzednika Kazacha – często rozmawiał ze mną, pytał jak jest w szkołach w Polsce.
Po akademii rocznicowej był wieczorek taneczny. Danka stała za drzwiami. Przyszła do mnie z płaczem pytając, czy kiedyś w życiu będzie miała takie pantofelki, żeby mogła w nich tańczyć? Młodzież w internacie często wieczorami grała i śpiewała. Byli weseli, chociaż na pewno głodni. Nam natomiast dni wlokły się straszliwie i ciężko było przeżyć każdy dzień. Ten ostatni okres w Kazachstanie oceniam jako najlepszy. Danusia twierdzi, że był najgorszy i gdyby trwał dłużej, to chyba by nie przeżyła…
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Oszczędzałyśmy trochę, aby na Wigilię móc zrobić barszcz i pierogi. Świąt kościelnych w Kazachstanie nie obchodzono, dzieci miały w szkole naukę. Święta prawosławne i greckokatolickie wypadają zresztą dwa tygodnie po naszych. Nikt tam jednak o świętach nie wspominał, choć może po cichu coś urządzał…
Pewnego dnia idę przez miasto i widzę, że nieznani Polacy padają sobie w objęcia. Co się stało? Jedziemy do Polski – odpowiadają. Ruscy zaczynają się martwić, kto będzie pracować Nasz dyrektor też się martwił, bo pracowały u niego cztery Polki. Komendantka poprosiła mnie na koniec, abym wyczyściła szkolny ustęp, obiecując za to 50 rubli. Co było robić? Wzięłam siekierę i pół dnia rąbałam, bo to była latryna, bez kanalizacji. Dostałam te 50 rubli, ale już nie pamiętam co za nie kupiłam…
Pozostawiłam w Pawłodarze łóżko i wanienkę, do kuferka zabrałam garnki, miski i resztę naczyń, które mi jeszcze pozostały. Z ubrania miałyśmy już tylko to, co na sobie. Rosyjskie sprzątaczki mówiły do mnie: Sonia, zostań tu. Tam u was będzie teraz to samo co tutaj!
…Wyjechaliśmy z Pawłodaru 19 lutego 1946 r., po sześciu latach zsyłki, w otwartych wagonach, na drogę dostaliśmy trochę chleba, ale tego nie mogło starczyć na całą drogę. Nie mieliśmy pojęcia, jak długo będzie trwała nasza podróż. Przed odjazdem dostaliśmy po 3 m materiału, bardzo lichutkiego… Z tego materiału nic nie uszyłam, zabrałam go po prostu ze sobą…
Jechaliśmy już trzy dni bez żadnego jedzenia. Widziałam, że niektórzy jeszcze coś sprzedawali na stacjach. Postoje były w nieprzewidzianych miejscach a odjazdy bez żadnego uprzedzenia. Jednym słowem była to jazda poza wszystkimi planami, po zniszczonych torach, niekiedy cofaliśmy się z już przejechanego odcinka. Dojechaliśmy do Orła. Pociąg stanął, jak zawsze nie wiadomo, na jak długo. Danka zaryzykowała i wyskoczyła na rynek z materiałem, jaki nam przydzielono na drogę. Do rynku było najmniej kilometr drogi w jedną stronę. W obie strony biegła. Wpadła na rynek, kogoś uprosiła żeby od niej odkupił ten materiał. Dostała za niego duży bochen białego pszennego chleba. Do tego chleba baba na rynku dodała jej jeszcze litr białej suchej fasoli. Całą powrotną drogę Danka pędziła wpatrzona w stojący w oddali pociąg z niemym pytaniem – ruszy, czy nie ruszy? Zdążyła! Wpadła wpółżywa, mokra jak mysz. Zaraz na piecyku postawiłam garnek i zaczęłam gotować fasolę. Jeszcze nie w pełni ugotowaną dzieci wyciągnęły i zjadły. O tej fasoli i chlebie dojechałyśmy do Polski.  A Dobrochna w czasie drogi pytała mnie: Mamo, jak dojedziemy do Polski to ugotujesz cały „czugun” jedzenia? Na szczęście nigdy już tego nie trzeba było robić.
Wagony, jak wspomniałam, były otwarte, pociąg ruszał niespodzianie, więc nie obyło się bez denerwujących przygód. Kiedyś Dobrochna stała blisko drzwi, pociąg szarpnął, ruszył i dziecko wypadło. Danka bez namysłu dała susa za nią, wrzuciła z powrotem do wagonu jak worek i jeszcze sama zdążyła wskoczyć.
Ciężka była ta droga przez zrujnowany kraj i trwała nieskończenie długo. Jedynie jadąc przez Ural podziwialiśmy piękne widoki, drogi biegnące serpentynami, tory kolejowe zawieszone nad przepaściami, a na nich wijący się wąż wagonów. Niezapomniany widok!
Byliśmy tacy szczęśliwi, że wracamy do Polski. Wszyscy powtarzali, że gdy przekroczymy granicę, to będziemy całowali polską ziemię. Przyrzekaliśmy sobie, że już nigdy i nigdzie z Polski nie wyjedziemy!
Dojechaliśmy do Brześcia n. Bugiem. Na stacji było dużo ludzi. Do nas podszedł jakiś Polak i podając trzy pieczone ziemniaki powiedział: Wy jedziecie do Polski,
a my w tej nędzy zostajemy…
W czasie przeładowywania nas na inne tory i do innych wagonów, Danka pobiegła z koleżankami i kolegami zwiedzać Brześć. Odnalazła jakiś kościół, a w nim wielu Polaków.
Wyjechaliśmy z Brześcia nocą i nie wiedzieliśmy, kiedy minęliśmy granicę, Dojechaliśmy do jakiegoś miasta. Pociąg zatrzymał się w morzu gruzów – nikt nie wiedział, gdzie. Byliśmy przerażeni, szczególnie, że nikt z nas nie widział działań wojennych, nikt nie widział ani jednego samolotu, nie słyszał ani jednego wystrzału, ani jednej spadającej bomby. Obok torów szli jacyś robotnicy. Zapytaliśmy, co to za miasto. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że to Warszawa. Myślałam, że żartują z nas, ale inni mówili to samo. Nie mogliśmy uwierzyć. Pociąg stał między zwałami gruzu dość długo. Niektórzy wysiedli i krzyczeli, że są głodni. Przyszli jacyś panowie z koszami pełnymi chleba, pokrojonymi na ćwierćkilogramowe kawałki. Każdy dostał kawałek. Dzieci jak chwyciły ten chleb, to dwoma rękoma trzymały tak długo przy buziach, aż go zjadły.
Dowieziono nas do Kutna. Ktoś wysiadł i zobaczył pociąg z napisem „Berlin”. Zaczęliśmy się przesiadać. Ja też wysiadłam, ale pociąg ruszył. Zaczęłam biec, już chwyciłam się pociągu, ale jakoś obsunęłam się i tak zostałam na peronie leżąc. Z otwartego wagonu dzieci wychylone krzyczały, że mnie „zabiło”, ale wstałam i dzieci zobaczyły, że żyję. Na peronie ze mną zostało jeszcze kilka osób. Zobaczyli to kolejarze i po chwili usłyszeliśmy przez megafon, że wszyscy wracający ze Związku Radzieckiego, którzy nie zdążyli na tamten pociąg, mogą bez biletu wsiąść do najbliższego pociągu zdążającego do Poznania. Tamten pociąg zatrzymał się dopiero w Poznaniu. Wsiedliśmy za chwilę do osobowego, który zatrzymywał się na każdej stacji, więc do Poznania dojechaliśmy późnym wieczorem. Zapytałam, gdzie są ci, którzy przyjechali z Rosji. Odpowiedziano mi, że na szóstym peronie. I rzeczywiście: na szóstym peronie na naszym pamiątkowym kuferku siedziała Danka i prawie płakała, tak zmarzła. Zapytałam, gdzie Dobrunia, a ona, że kolejarze wszystkie dzieci zabrali do swego hotelu na nocleg i tylko ona została.
Przesiedziałyśmy całą noc, a była ona zimna, marcowa. Rano kolejarze przywieźli nam jakąś zupę ze swojej stołówki, dostaliśmy też jakiś chleb. Od tego dnia już ani razu nie byłyśmy głodne!”

„Kurier Galicyjski” nr 23-24 (147-148) 16 grudnia 2011 – 12 stycznia 2012

Podczas naszej akcji charytatywnej „Serce dla Lwowa” w lwowskim „Kurierze Galicyjskim” ukazał się artykuł, w którym opisano jej przebieg oraz wręczenie Złotej odznaki zasłużonego dla TML i KPW paniom Irenie i Jadwidze Zappe:

Święty Mikołaj mieszka w Poznaniu

Świat bez świętego Mikołaja byłby smutny. Na pewno bardziej smutni i bardziej opuszczeni czuli by się starsi, samotni mieszkańcy Lwowa, gdyby nie Stanisław Łukasiewicz i Bożena Łączkowska z poznańskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.
KSZYSZTOF SZYMAŃSKI
tekst
KRZYSZTOF SZYMAŃSKI
JULIA ŁOKIETKO
zdjęcia

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Okres, gdy gromadzą się rodziny, zjeżdżają znajomi, krewni aby wspólnie przełamać się opłatkiem, przekazać sobie serdeczne życzenia i wspólnie spędzić te święta. Co maja zrobić osoby samotne? W takich chwilach czują się jeszcze bardziej osamotnione, opuszczone i zapomniane. Żeby przynajmniej jakoś okrasić te święta już tradycyjnie co roku, na przełomie listopada i grudnia, do Lwowa z dalekiego Poznania przyjeżdżają członkowie TML i KPW z prezesem oddziału panią Bożeną Łączkowską. Motorem całej akcji od lat jest pan Stanisław Łukasiewicz.
– Akcja ta, niekoniecznie mikołajkowa, bo pierwotnie staraliśmy się wysyłać paczki kilka razy do roku przy okazji wyjazdów wycieczek z Poznania do Lwowa. Ostatnie lata jednak organizujemy przyjazd do Lwowa większą grupą. Zawsze są to członkowie naszego oddziału, harcerze. Mamy zawczasu przygotowane paczki żywnościowe dla osób samotnych, paczki z artykułami biurowymi dla dzieci. Przez te kilka dni pobytu we Lwowie nasi harcerze roznoszą te paczki pod wskazane adresy. Ogółem takich wyjazdów do Lwowa mieliśmy już 27. Ale jak mówiłem, przez ostatnie chyba 10 lat przyjeżdżamy raz do roku. Oprócz tego, ponieważ nasz oddział opiekuje się Polakami pozostałymi w Brzeżanach, to również i tam wozimy nasze dary, – opowiada pan Stanisław.
– Dary do paczek zaczynamy zbierać po Dniach Lwowa, które odbywają się u nas we wrześniu. Dajemy ogłoszenie w szkołach, kościołach, w lokalnej prasie i radiu. Harcerze organizują zbiórki darów w sklepach. W taki sposób gromadzimy to wszystko, z czym do was przyjeżdżamy. Muszę tu podkreślić, że naprawdę bardzo ofiarnie włączają się do tej akcji harcerze. Kiedyś była to poznańska drużyna Orląt. Dziś młodzi harcerze wyrośli już na drużynowych, maja swoje zastępy i nadal nam pomagają. Taki przyjazd do Lwowa jest dla nich możliwością poznania tego miasta, jego historii, zabytków. Ale nie to jest najważniejsze. Tu widzą w jakich warunkach mieszkają Polacy, jakie mają potrzeby, ile dla potrzymania polskości w tym mieście robią.
Trzeba tu zaznaczyć, że jednak kryzys daje się we znaki. Coraz trudniej pozyskać jakieś dary. Trzeba dużo zabiegać o wszystko, chociaż mamy stałych sponsorów, którzy już od lat nas wspomagają, darując swoje wyroby. W akcję dla Lwowa są zaangażowani wszyscy członkowie naszego towarzystwa, ich rodziny i wielu serdecznych ludzi.
W tym roku jednak mamy szczególną okazję odwiedzenia Lwowa. Co roku nasz oddział występuje do Zarządu Głównego TML we Wrocławiu o przyznanie Odznaki Honorowego Członka TML. Bardzo mi miło powiedzieć, że w tym roku Zarząd Główny przychylił się do naszej prośby i przyznał taką odznakę siostrom Irenie i Jadwidze Zappe ze Lwowa. Są to osoby niezwykle zasłużone i uważaliśmy, że jest to najmniejsze co dla nich możemy zrobić. Oprócz tego nasz Oddział corocznie przyznaje swoje wyróżnienie. Jest to statuetka lwa – „Semper Fidelis” W tym roku został nią uhonorowany prof. Stanisław Nicieja. Laureatami tej nagrody są Maciej Płażyński, Andrzej Stelmachowski, Andrzej Przewoźnik i inne osoby, które swoją działalnością przysłużyły się upamiętnieniu Lwowa. Nagrody te wręczane są w czasie otwarcia Dni Lwowa.
Na uroczyste wręczenie honorowej odznaki Jadwidze i Irenie Zappe została wytypowana delegacja, w skład której weszli prezes oddziału poznańskiego TML pani Bożena Łączkowska, pan Stanisław Łukasiewicz i grupa harcerzy.
Panie Irena i Jadwiga były zaskoczone, wzruszone i ucieszone. Zawsze serdecznie odnosiły się do młodzieży i bardzo ucieszyły się z obecności harcerzy. Zaczęły wspominać swoje ostatnie przed wojną wakacje na obozie harcerskim nad brzegiem Dniestru.
Wręczając honorową odznakę Zarządu Głównego TMLiKPW pani Bożena Łączkowska powiedziała: „Jesteśmy dumni, że możemy tu być dziś i wręczyć paniom tę odznakę. Z całego serca jesteśmy wdzięczni za to wszystko, co panie robią we Lwowie. Proszę przyjąć ten skromny wyraz naszego uznania”. Z głęboką wdzięcznością i zainteresowaniem obdarowane zaczęły oglądać odznaki i zachwycać się dawnym kształtem lwa, przedwojenną kolorystyką – niebiesko-czerwoną odznaki. Rade gościom panie Zappe zaczęły wspominać czasy wojenne i powojenne losy Polaków we Lwowie, losy swojej rodziny. Była to lekcja historii na żywo, którą z prawdziwym przejęciem chłonęli obecni harcerze. Wspomnienia z okresu okupacji w tą opowieść wplotła też prezes Łączkowska.
Gdyby nie kolejne umówione spotkanie, to wspólnym wspomnieniom nie byłoby końca. Ale czas naglił i trzeba było zakończyć spotkanie. Wzruszone Jadwiga i Irena Zappe trzymały w rękach odznaki TML, spoglądając na nie raz po raz, dziękując za wyróżnienie i za odwiedziny. Życzyły wszystkim opieki Bożej i Matki Boskiej. Takie słowa pożegnania można dziś chyba usłyszeć tylko we Lwowie!

PC
Honorowa odznaka członka TML i KPW

Dlaczego to robią…

Wychodząc z mieszkania pań Zappe, poprosiłem o krótki wywiad harcerkę Joannę Wiśniewską, która od wielu lat przyjeżdża do Lwowa.
Jest to już twój nie pierwszy przyjazd do Lwowa w ramach akcji poznańskiego TML?

Jestem we Lwowie już po raz siódmy czy ósmy. Za każdym razem widzę zmiany we Lwowie. Jeżeli chodzi o ludzi, których odwiedzamy to trudno mi o nich mówić, bo już wielu odeszło. Za każdym razem powtarzam panu Stanisławowi, że ten raz jest ostatni. Nie mogę patrzeć na warunki, w których mieszkają tu starsi Polacy. Zawsze strasznie się wzruszam. To co my dla nich robimy – jest  kroplą w morzu ich potrzeb. Ta paczka, którą my przynosimy to dla nas jest nic, a dla nich jest to wielka rzecz. Pamięć o nich – to jest najważniejsze. Z jednej strony ciężko to rzucić, a z drugiej strony teraz już pracuję i nie zawsze mam możliwość wyjazdu.
Czy ciągnie cię do Lwowa, gdy zbliża się okres wyjazdu?
Na razie nie mogę z tego zrezygnować, a i pan Stanisław zawsze prosi mnie o pomoc, bo już mam doświadczenie. Ja też zostałam uhonorowana złota odznaką TML, ale nie czuję się godna jej nosić, bo w tej akcji pracuje wiele osób, wiele drużyn harcerskich z Poznania i ze Swarzędza. To niesamowita rzecz. Pomagamy przy zbiórce żywności w sklepach, w parafiach. Potem pomagamy przy kompletowaniu paczek.

odznaka
Honorowa odznaka członka TML i KPW

Ilu harcerzy przyjeżdża?
W tym roku jest nas dużo, bo 14 osób. W zeszłym przyjechało 6 osób. Ilość osób zależy od wielu rzeczy: możliwości finansowych, szkoły, studiów, pracy.
Czy macie siły by po roznoszeniu paczek jeszcze coś we Lwowie zobaczyć?
Mamy trochę czasu wolnego i w programie mamy wycieczkę po Lwowie i na Cmentarz Łyczakowski. W tym roku okazało się, że jedna z koleżanek ma na Łyczakowie grób pradziadka i odnalazła go. Zawsze odwiedzam Wysoki Zamek, bo z nim wiążą się moje bardzo osobiste wspomnienia.
Czy przyjedziesz znów w następnym roku?
Bardzo bym chciała, jeżeli tyko moja praca i sytuacja osobista na to pozwoli.
Dziękuję za rozmowę.

Joanna Wiśniewska
Joanna Wiśniewska

Co dalej…

O kilka słów poprosiliśmy też prezes poznańskiego Oddziału TML i KPW panią Bożenę Łączkowską.
– Już od lat organizujemy pomoc dla ludzi potrzebujących we Lwowie. Pomysłodawcą i organizatorem tej akcji jest pan Stanisław Łukasiewicz. To od jego energii i zaangażowania wiele zależy. Do organizacji włączają się członkowie towarzystwa, harcerze, a nawet osoby, które nie są członkami TML. Po każdej akcji na spotkaniu opłatkowym pod koniec grudnia zdajemy naszym członkom relację z wyjazdu do Lwowa. Zapraszani jesteśmy też do rozgłośni Radia Emaus i do telewizji kablowej na wywiad o wyjeździe. W gablotach kościołów, gdzie były organizowane zbiórki umieszczamy fotoreportaże z akcji.
Czy młodzi ludzie wstępują obecnie do TML?
W tym roku przyszło do nas dwoje młodych ludzi nie mających żadnych powiązań sentymentalnych z Kresami. Zadziwieni jesteśmy ich wiedzą o Lwowie. Moja córka też stała się członkiem Towarzystwa. Szkoda, że dzieci innych członków nie wykazują takiego zainteresowania i nie kontynuują tradycji rodzinnych.
Muszę tu powiedzieć, że w tym roku zaangażowanie społeczeństwa, młodzieży, księży, zakonu salezjanów przerosło nasze oczekiwania i jesteśmy wdzięczni wszystkim darczyńcom, którzy przyczynili się do zorganizowania tegorocznej akcji.
Dziękuję za rozmowę.

Epilog?
Minie kilka dni pobytu we Lwowie. Rozniesione zostaną wszystkie paczki. Osobom, które odwiedzili harcerze pozostanie świadomość, że pamiętają o nich w Kraju. Będzie ona dodawała im otuchy w być może, samotny wieczór Wigilijny. A w dalekim Poznaniu przy wigilijnych stołach też na pewno będą wspominać Lwowiaków. Ta więź pozostanie.

DZIEJE LWOWA I KRESÓW POŁUDNIOWO-WSCHODNICH

Z dziejów Lwowa i Kresów Południowo -Wschodnich

Iwo Werschler
(na podstawie przewodnika R. Chanasa i J. Czerwińskiego, Lwów, Wrocław 1992)

 

Kresami Południowo-Wschodnimi przyjęło się nazywać terytorium rozciągające się na południowy wschód od obecnej granicy Polski, obejmujące obszar przedwojennych województw stanisławowskiego i tarnopolskiego oraz wschodnią część lwowskiego. Największym miastem tak pojętych kresów jest Lwów, leżący w kotlinie źródłowej rzeczki Pełtwi, na europejskim dziale wodnym, w miejscu dużego obniżenia Roztocza, którędy od wieków przebiegały dogodne szlaki drożne ze wschodu na zachód.
We wczesnym średniowieczu terytorium Kresów było przedmiotem walk między rodzącymi się organizacjami państwowymi Polski i Rusi Kijowskiej. W XIII w, w dobie rozbicia dzielnicowego na Rusi powstało tu księstwo halicko-włodzimierskie, którego władca Daniel Romanowicz za zgodą papieża Innocentego IV został przez legata Opizona koronowany na króla w 1253 r. w Drohiczynie nad Bugiem. Związek księstwa halicko-włodzimierskiego z Rzymem nie trwał długo. Do zerwania przyczyniło się za-grożenie ze strony Tatarów, przeciwko którym Zachód nie mógł ofiarować Danielowi dostatecznego wsparcia. Danielowi przypisuje się założenie Lwowa, którego nazwa wzięła się od imienia syna książęcego – Lwa. Pierwszą wzmiankę o Lwowie przynosi kronika kijowska pod rokiem 1259. Daniel i Lew należeli do dynastii Romanowiczów, która wymarła w 1323 r. W latach następnych panował na Rusi Halickiej książę Jerzy II rodem z Mazowsza, który wyznaczył swym następcą króla polskiego Kazimierza Wielkiego. W latach 1340-1349 Kazimierz toczył walki o Ruś Halicką z Litwinami i Tatarami. Po odniesionym zwycięstwie zadbał o przyłączony do Królestwa Polskiego kraj, czego wyrazem stało się  m.in. nadanie Lwowu prawa magdeburskiego. Odtąd Lwów zaczął rozwijać się pomyślnie. Jego mieszkańcy składali się z różnych narodowości, które zamieszkiwały odrębne dzielnice. Na uwagę zasługuje liczna gmina żydowska, która była największym skupiskiem wyznawców judaizmu w Polsce. Za Kazimierza Wielkiego ufundowane zostały we Lwowie katedry łacińska i ormiańska oraz cerkiew św. Jura. Wkrótce miasto otrzymało też cenne prawo składu rozszerzone przez króla Władysława III Warneńczyka. W latach 1372-1387 Ruś Halicka znajdowała się we władaniu księcia Władysława Opolczyka oraz Węgier. W 1387 r. królowa Jadwiga przyłączyła ten kraj ponownie do Polski, pod której panowaniem pozostawał nieprzerwanie do 1772 r.
Już od schyłku XIV w. leżący na ważnym szlaku handlowym Lwów rozwijał się doskonale. W początkach XV w. istniało tu 9 cechów, których liczba następnie rosła. W XVII w. cechy lwowskie zrzeszały rzemieślników 133 specjalności, co plasowało miasto na drugim miejscu w Polsce, po Gdańsku. Bogaty patrycjat Lwowa składał się początkowo głównie z Niemców, ale stopniowo przybywało Polaków, Ormian, Greków, Żydów, a nawet pojawili się Francuzi. Wśród ziemian dominowali Rusini ulegający stopniowo polonizacji. Po zajęciu przez Turków Osmańskich czarnomorskich portów Kilii i Akermanu, nastąpiło przejściowe załamanie się handlu wschodniego. Jednak wiek XVI przyniósł miastu i całemu województwu ruskiemu, którego było stolicą, wspaniały rozkwit. Z tego czasu pochodzą najpiękniejsze lwowskie zabytki, kościoły, domy, pomniki. Początki rozkwitu wiążą się z kulturą renesansową. W Dunajowie  pod  Lwowem  już  w XV w. powstał ośrodek myśli humanistycznej. Jego twórcą był poeta i mecenas kultury, późniejszy arcybiskup, Grzegorz z Sanoka. We Lwowie żyli i tworzyli poeci Szymon Szymonowic oraz Józef Zimorowic, który był ponadto historykiem i burmistrzem w czasie wojen kozackich.
Nadal liczną grupę etniczną stanowili we Lwowie Żydzi, którzy mieli tu dwie gminy. W XVII w. Lwów był największym skupiskiem Żydów w Polsce (25% ogółu mieszkańców). Dzielnica żydowska zajmowała południowo-wschodnią część miasta. Ośrodkiem życia religijnego stała się zbudowana w 1555r. wielka bóżnica – „Złota Róża”. We Lwowie też powstał jeden z najstarszych w Polsce cmentarzy żydowskich. Wpływową, chociaż nieliczną grupę stanowili Ormianie, którym dzielnicę miał wyznaczyć jeszcze kniaź Lew.
Lwów był także miastem wielu religii. W XVII w. na terenie województwa ruskiego trwał konflikt Kościoła katolickiego z Cerkwią prawosławną. Unię brzeską z 1596 r. uznał dopiero biskup Józef Szumlański w 1706 r.
Wiek XVII zapisał się w dziejach Lwowa i Kresów krwawymi zmaganiami z najeźdźcami. W latach 1648 i 1655 miasto przeżyło oblężenia Kozaków, Tatarów i Rosjan. Podczas drugiego z nich, Chmielnicki w zamian za odstąpienie od grodu zażądał wydania wszystkich Żydów, ale miasto odmówiło.
W 1656 r. miały miejsce w katedrze łacińskiej słynne śluby króla Jana Kazimierza, podczas których ogłosił on Matkę Bożą Królową Korony Polskiej.
Za zasługi położone w obronie Ojczyzny miasto Lwów zostało w 1658 r. podniesione do rangi stanu szlacheckiego. Pod koniec XVII w. odparło jeszcze Turków i Tatarów. Dopiero w czasie wojny północnej w 1704 r. do Lwowa wkroczyło wojsko szwedzkie Karola XII. Szwedzi splądrowali i ogołocili gród z ogromnego majątku gromadzonego przez pokolenia. Od ponad 300 lat był to pierwszy wypadek zajęcia Lwowa przez nieprzyjaciela!
Okres politycznego i wojskowego  znaczenia zakończył  się  w 1772 r., gdy cała południowa część państwa polskiego, od Śląska na zachodzie po rzekę Zbrucz na wschodzie, została wcielona do Austrii na mocy traktatu I rozbioru. Pod zaborem austriackim aż po rok 1918 był Lwów stolicą Królestwa Galicji i Lodomerii, nowego kraju koronnego c. k. monarchii Habsburgów. W mieście rezydowali najpierw gubernatorzy, a później  namiestnicy  cesarscy.  Do  lat 60-tych XIX w. rząd wiedeński prowadził w Galicji politykę germanizacyjną. W miejsce istniejącej od 1661r. Akademii otwarto niemiecki uniwersytet. Jedyną, ale bardzo ważną placówką polskiej kultury stał się ufundowany w 1817r. Zakład Narodowy im. Ossolińskich (Ossolineum).
Jako stolica Galicji Lwów rozbudowywał się. W 1861 r. otrzymał połączenie kolejowe z Krakowem, a z czasem stał się ważnym węzłem komunikacyjnym. W 1842 r. wzniesiono gmach teatru zwanego od nazwiska fundatora „Skarbkowskim”, a w 1900r. ukończono budowę wspaniałego Teatru Wielkiego Opery i Baletu. W latach 1867-1873 Galicja otrzymała autonomię, a rządy przejęli konserwatyści polscy. We Lwowie maiły swoje siedziby Sejm Krajowy, Wydział Krajowy i Rada Szkolna Krajowa. Dzięki temu na przełomie stuleci Lwów przekształcił się w nowoczesne miasto o secesyjnej architekturze wzorowanej na stolicach Europy zachodniej.
W 1869 r. dla uczczenia 300 rocznicy Unii Lubelskiej, usypano na szczycie Wysokiego Zamku Kopiec Unii.
W 1893 r. wprowadzono w mieście elektryczne oświetlenie, a w roku następnym ruszył pierwszy tramwaj elektryczny (wcześniej niż w Poznaniu).
W tymże 1894 r. z okazji Powszechnej Wystawy Krajowej otwarto Panoramę Racławicką, imponujące dzieło Jana Styki, Wojciecha Kossaka i innych malarzy.
Początek XX stulecia zaznaczył się w Galicji ożywieniem polskiego ruchu niepodległościowego. W 1908 r. założono we Lwowie Związek Walki Czynnej, a w następnych latach powstawały liczne organizacje paramilitarne, których przywódcą stał się Józef Piłsudski. W czasie I wojny światowej wielu Kresowiaków walczyło w Legionach szykując się do odbudowy Ojczyzny. Do decydującej rozgrywki o własne państwo gotowali się pod  koniec wojny także Ukraińcy. 1 listopada 1918 r. dokonali oni zbrojnego zamachu na Lwów, co spotkało się z kontrakcją polskich organizacji złożonych głównie z młodzieży (Orlęta). Dzięki odsieczy z Przemyśla obrona Lwowa zakończyła się wyparciem Ukraińców z miasta. Jednak wojna z Zachodnio-Ukraińską Republiką Ludową o Galicję Wschodnią  ciągnęła się aż do lipca 1919 r., gdy Polacy wyparli Ukraińską Halicką Armię za Zbrucz. Radość z zakończenia listopadowych walk o Lwów zmącił pogrom Żydów, którzy nie zachowali się neutralnie. Zginęło ok. 40 osób, były straty materialne, a na Zachodzie oskarżono Polaków o antysemityzm.
Podczas ofensywy sowieckiej w 1920r. Lwów atakowała konna armia Budionnego. Miasto obroniło się znów dzięki bohaterstwu swej młodzieży, która złożyła hojną ofiarę krwi w bitwie pod Zadwórzem („Pol-skie Termopile”). W uznaniu zasług dla Ojczyzny Naczelnik Państwa Józef Piłsudski udekorował miasto Lwów Krzyżem Virtuti Militari V klasy.
W II Rzeczpospolitej na obszarze Kresów powstały wspomniane 3 województwa. Zostając stolicą jednego z nich Lwów utracił równocześnie swą dotychczasową pozycję. Oddał też swoje najlepsze siły pozbawionym polskich kadr miastom byłych zaborów pruskiego i rosyjskiego. Rozwijał się jednak nadal.
W 1921 r. zorganizowano pierwsze Międzynarodowe Targi Wschodnie, które odtąd aż po rok 1938 odbywały się zawsze we wrześniu. Nadal tętniło życie kulturalne i naukowe. Na początku lat 30-tych Lwów liczył 312 000 mieszkańców, z czego ok. 50% stanowili Polacy, ok. 32% Żydzi, a 16% Ukraińcy. We Lwowie znajdowały 3 metropolie kościelne katolickie obrządków łacińskiego, greckiego i ormiańskiego.
We wrześniu 1939 r. miasto przez 10 dni odpierało ataki Wehrmachtu i jako jedyne nie zostało przez Niemców zdobyte. Lwów złożył broń przed armią czerwoną. Sowieci jednak nie dotrzymali układu kapitulacyjnego i ok. 2 000 oficerów internowali w obozie w Starobielsku. Wiosną 1940r. zostali oni wymordowani pod Charkowem. Lwów wcielono do ZSRR. W 1941r. wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Przed opuszczeniem Lwowa NKWD wymordowało w więzieniach Brygidek, Łąckiego i na Zamarstynowie kilkuset więźniów różnych narodowości. Wkrótce do miasta wkroczyły oddziały niemieckie i ukraiński batalion pod dowództwem R. Szuchewycza. Rozpoczęły się krwawe pogromy Polaków i Żydów. W nocy z 3/4 lipca 1941 r. na Wzgórzach Wóleckich zamordowano kilkudziesięciu profesorów lwowskich wyższych uczelni. Następnie całą wschodnią Galicję włączono do Generalnego Gubernatorstwa. W drugiej połowie 1942 r. na Kresach rozpoczęła się krwawa akcja depolonizacyjna UPA. Tysiące bezbronnych Polaków ginęło podczas napadów na wsie i miasteczka. Tymczasem Niemcy tworzyli getta dla Żydów, których następnie mordowali w Bełżcu i innych miejscach. Zginęło ok. 180 000 Żydów lwowskich. W 1944 r. znów nadciągnęły wojska sowieckie. W ramach Akcji „Burza” lwowska AK przyczyniła się do wyparcia Niemców z miasta. Rosjanie nie zamierzali jednak oddać go Polsce. Na mocy konferencji jałtańskiej Lwów i Kresy pozostały w ZSRR. Lwów został siedzibą administracyjną obwodu w granicach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Po zakończeniu działań wojennych ogromna większość Polaków opuściła miasto i w ramach akcji „repatriacyjnej” wyjechała na zachód,   do   Polski.    Pozostało   około 20 000.
W lipcu 1990 r. utworzono państwo ukraińskie, w którego granicach znalazł się Lwów oraz całe Kresy Południowo-Wschodnie. Miasto Lwów liczy obecnie ok. 700 000 mieszkańców i jest ważnym centrum przemysłowym, handlowym i kulturalnym zachodniej Ukrainy. Nieliczni Polacy borykają się licznymi trudnościami, a często i szykanami. Mimo to nie ustają w pracy nad zachowaniem swej tożsamości narodowej. Życie religijne skupia się przy Katedrze i w kościele św. Antoniego, wydawana jest „Gazeta Lwowska” (założona w 1811 r.), nadawane są polskie audycje radiowe, działa Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Społeczność polska otacza w miarę swych sił opieką odbudowany Cmentarz Obrońców Lwowa straszliwie zdewastowany w czasach sowieckich. Zasługą tej społeczności jest ratowanie śladów polskiej przeszłości Lwowa. Jest to też zasługą tych Ukraińców, którzy w spuściźnie kulturowej Polski postrzegają wartości uniwersalne.

Naukowcy ze Lwowa w Poznaniu

Dr Władysława Dembecka

Udział lwowian w kształceniu
w zakresie nauk technicznych w Poznaniu

Po II wojnie światowej, gdy lwowianie musieli opuścić swoje ukochane miasto Lwów, szukali nowych środowisk, w których mogliby zbudować od nowa swoje gniazda rodzinne, egzystować i rozwinąć działalność zgodną ze swoimi dyspozycjami psychicznymi i umysłowymi. Wiadomo, że inteligencja lwowska, stworzyła wtedy polski ośrodek naukowy we Wrocławiu, nauki techniczne w Gliwicach, ale współdziałała też w rekonstrukcji życia naukowego w wielu polskich miastach akademickich. Do takich należał też Poznań, który w obozach koncentracyjnych i więzieniach stracił znaczny procent swojej kadry naukowej. Tych światłych ludzi przybyłych do Poznania po II wojnie światowej pamiętamy, i stosunkowo łatwo jest mówić dziś o ich zasługach.
Ale wzajemne kontakty naukowe i techniczne Poznania z Lwowem rozpoczęły się znacznie wcześniej.
Chciałabym na moment zatrzymać się na wieku XIX. W czasie zaborów mimo restrykcyjnych barier w zakresie kształcenia Polaków w zaborze pruskim, w Żabikowie pod Poznaniem powstała prywatna Wyższa Szkoła Rolnicza, uwzględniająca także program wyższego kształcenia w przedmiotach technicznych. Zasilili ją nie tylko studenci z obszaru zaboru austriackiego i rosyjskiego, ale również wykładowcy. Właśnie ustawowe ograniczenie przez zaborców oddziaływania uczelni do granic zaboru pruskiego, było główną przyczyną zlikwidowania uczelni po siedmiu latach jej funkcjonowania. (Działała w latach 1870-1877).
Jednak wzajemne życzliwe zainteresowanie dwu miast: Lwowa i Poznania trwało nadal. Poznań z uwagą i zaciekawieniem zwracał się ku Lwowowi, jako ośrodkowi nauki i kultury, a tam rozwój był możliwy, bo Austria nie przeszkadzała, przeciwnie, dała polskim ziemiom autonomię w tym zakresie. Galicję zaś intrygowała Wielkopolska jako terytorium, gdzie nawet w okresie Kulturkamfu i silnego nacisku germanizacyjnego, politycznego i gospodarczego, Polacy realizowali pozytywistyczne hasła pracy organicznej, rozwijania podstawowych elementów bytu materialnego, rolnictwa, kas pożyczkowych, a nawet przemysłu i tajnego nauczania języka i historii Polski.
W latach siedemdziesiątych XIX weku wychodzące w Lwowie Czasopismo Techniczne (taki był tytuł), miało stałą rubrykę Z życia technicznego w Wielkim Księstwie Poznańskim.
To wzajemne życzliwe zainteresowanie i wspomaganie się, trwało. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w Poznaniu udało się utworzyć uniwersytet, ale w dziedzinie techniki, tylko Państwową Wyższą Szkołę Budowy Maszyn, podczas gdy Lwów od dziesiątków lat miał już swoją Politechnikę.
Od 1919 roku w poznańskiej uczelni technicznej kompletowano zespół wykładowców, który mógł jej zapewnić możliwie najwyższy poziom. Memoriał w sprawie założenia Politechniki w Poznaniu w Poznaniu (opublikowany w 1921 roku w Wiadomościach Technicznych – Stowarzyszenia Inżynierów i Architektów w Poznaniu), na długie lata pozostał bez echa. Od roku 1922 poznańską uczelnię techniczną, jako wykładowcy, zaczęli zasilać absolwenci Politechniki Lwowskiej. Kierownictwo Szkoły zawarło nawet umowę z rektorem uczelni lwowskiej o kierowaniu do Poznania jej absolwentów, rokujących nadzieje na dalszy rozwój naukowy. I tak do poznańskiej uczelni technicznej zaczęli napływać lwowianie.
Jako jeden z pierwszych przybył tu Kazimierz Szawłowski, późniejszy profesor zwyczajny Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Spośród znanych profesorów, luminarzy nauki polskiej, swoją wiedzę przekazywał poznańskim studentom też Mieczysław Sąsiadek, który pracując tu, przygotowywał swoją pracę doktorską (obronił ją po II wojnie światowej) powojenny profesor zwyczajny Politechniki Wrocławskiej. W poznańskiej uczelni technicznej pracował też Eugeniusz Jezierski, a w latach powojennych jako profesor  zwyczajny Politechniki Łódzkiej.
Światłych wykładowców, którzy w pewnym okresie działali w poznańskiej uczelni technicznej, było wielu. Taką godną postacią, która wywarła swój wpływ i niezatarty ślad w tej uczelni, był kilkuletni dziekan jej wydziału i następnie jej rektor Tadeusz Michał Paprzyca Świeżawski (1881-1938), docent dr inż. mechanik, specjalista w zakresie konstrukcji i budowy maszyn, szczególnie rolniczych, a także pułkownik wojsk lotniczych.
Pochodził z rodziny szlacheckiej, wcześniejszych właścicieli majątku Hołodówka w powiecie Lubaczów (woj. Podkarpackie). Jego rodzicami byli Antoni (w owym czasie administrator dóbr książęcych rodziny Sapiehów w Krasiczynie) i Zofia z Szawłowskich. Tadeusz Świeżawski urodził się w Przemyślu, gimnazjum ukończył we Lwowie, a następnie w latach 1905-1906 marynarską szkołę budowy maszyn w cesarsko-królewskiej marynarce wojennej Austro-Węgier. Kolejno studiował w Politechnice Monachijskiej  (Technische Hochschule), którą ukończył jako dyplomowany inżynier mechanik. W latach 1908-1909 był asystentem Emila Perelsa, kierownika Katedry Maszynoznawstwa i Melioracji Wyższej Szkoły Rolniczej (Hochschule für Bodenkultur), pracował tam także w doświadczalnej stacji rolniczej tejże uczelni. Tytuł doktora nauk technicznych uzyskał z maszynoznawstwa rolniczego w Wyższej Szkole Rolniczej w Wiedniu.
W okresie I wojny światowej odbył służbę w wojsku austriackim, najpierw w Centralnych Warsztatach Lotniczych pod Wiedniem, a następnie na stanowisku kierownika warsztatów etapowego parku lotniczego w Lublinie. Za tę służbę otrzymał Złoty Krzyż Zasługi z Koroną na wstędze Medalu Waleczności.
W grudniu 1918 roku wstąpił do polskiego parku lotniczego we Lwowie, a od 1 stycznia 1919 roku przeniósł się do Szkoły Lotniczej w Warszawie przy Insektoracie Wojsk Lotniczych, gdzie był starszym inżynierem i komisarzem Parku Lotniczego na Mokotowie. W 1920 roku został zwolniony z wojska w stopniu pułkownika i jako docent rozpoczął wykłady na Wydziale Rolniczo-Leśnym Lwowskiej Szkoły Politechnicznej (przeniesionej do Aklademii Rolniczej w Dublanach).
W czerwcu 1920 roku przeniósł się do Poznania i od października tego roku w Państwowej Wyższej Szkole Budowy Maszyn wykładał różne przedmioty, jak: hydraulika, termodynamika, higiena przemysłowa, silniki wodne, pompy, maszyny i urządzenia rolnicze, technologia ogólna, technologia metali, technologia przemysłu rolnego. Równocześnie wykładał na Wydziale Rolno-Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego. Ponadto w latach 1922 do 1927 był zatrudniony w Spółce H. Cegielski, jako konstruktor maszyn i kotłów parowych.
Projektował i konstruował również w Państwowej Wyższej Szkole Budowy Maszyn, przekazywał te umiejętności studentom, wciągał ich do współpracy. Niektóre z urządzeń wykonanych w Warsztatach Szkolnych, według jego projektu i pod jego nadzorem, były reprezentacyjnymi eksponatami na stoisku uczelni podczas Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku. Jego prace doświadczalne służyły zawsze konkretnym potrzebom gospodarki.
W tym zakresie prowadził badania porównawcze prób orki sześcioma pługami motorowymi na ziemiach zachodniej Polski jesienią 1926 roku. Innym razem testował kołowe pługi motorowe, ciągnik Felddank i obrabiarkę gleby wieloraką frezerką ziemną, na zlecenie Stowarzyszenia Plantatorów Buraków Cukrowych Wielkopolski i Pomorza.
W poznańskiej uczelni technicznej był dziekanem Wydziału Mechanicznego w latach 1930 do 1936 następnie od 1936 do 1938 jej rektorem. W tym czasie uczelnia nosiła nazwę Wyższej szkoły Budowy Maszyn i Elektrotechniki.
W okresie tym rozwinął bardzo sprawną i efektywną działalność zmierzającą do utworzenia politechniki w Poznaniu. Na czele studentów wyjeżdżał w tej sprawie do prezydenta Ignacego Mościckiego. Szkoła przeszła pod administrację Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, jak inne szkoły wyższe. Do współdziałania w staraniach o utworzenie politechniki w Poznaniu, wciągnął władze miejskie, które występowały razem z nim w pertraktacjach z ministrem prof. doktorem Wojciechem Świętosławskim i uzyskał zgodę na uruchomienie studiów politechnicznych w roku akademickim 1940/1941. Początkowo miało to być studium politechniczne przy Uniwersytecie Poznańskim z odrębną dyrekcją. Wybuch wojny uniemożliwił realizację ambitnych i perspektywicznych planów.
Był utalentowanym pedagogiem, ogromnie lubianym przez młodzież. Jako opiekun Koła Mechaników organizował wycieczki do większych, nowocześniejszych fabryk polskich.
W ankietach wypełnianych przez przedwojennych studentów z okazji zjazdu w 1978 roku studenci wspominają jego bezpośredni sposób bycia, przyjacielski stosunek do studentów oraz to, że zawsze był z nimi, rozumiał ich i uważał, że uzasadnione są bunty i rozruchy mające na celu wywalczenie większych praw dla uczelni.
Jako rektor osiągnął więc ład i porozumienie z niespokojną uprzednio bracią studencką, która od 1922 roku do 1937 organizowała strajki studenckie.
Uczelnia kształciła na dobrym poziomie, wykładali tu twórcy nauki na światowym poziomie, których reprezentowali nie tylko lwowianie, m.in. Wacław Moszyński, twórca polskiego układu pasowań średnic, polskich norm sprawdzianowych, autor opracowań teoretycznych podstaw tolerancji wymiarów na zasadach wymienności całkowitej i częściowej opartej o rachunek prawdopodobieństwa, a także zasad wymiarowania i tolerancji rysunków części maszyn. Na jego podręcznikach kształciło się wiele pokoleń inżynierów, również w okresie po II wojnie światowej. Światową sławę zyskały też odkrycia matematyczne Władysława Ślebodzińskiego, nazywane dziś powierzchniami jego imienia. Profesorem tej uczelni był Marian Rejewski, główny twórca Enigmy (z Jerzym Różyckim i Henrykiem Zygalskim), urządzenia, które w 1932 roku złamało niemiecki szyfrogram. W 1939 roku przekazano je wywiadowi Francji i Anglii, zatem miało ważny udział w pokonaniu armii Hitlera i zakończeniu II wojny światowej.
Wielu wykładowców było doświadczonymi praktykami np. Bolesław Orgelbrand, Stanisław Rejowicz, niektórzy cechowali się intuicją inżynierską w rozwiązaniach technicznych, m.in. lwowiak Konrad Wilczkowski.
Absolwenci więc byli doskonale przygotowani do pracy w produkcji przemysłowej, mieli cenne kwalifikacje w pełni uznawane i wysoko cenione przez przemysł i administrację państwową. Chętnie ich zatrudniano, nawet w okresie bezrobocia, zwłaszcza w nowo powstającym Centralnym Okręgu Przemysłowym. Wyjątkowa w tej uczelni aktywna, bojowa postawa absolwentów w walce o wyższą rangę tej typowo inżynierskiej Szkoły, zdołała wywalczyć tylko tytuł technologa dla absolwentów (tytuł inżyniera otrzymali wstecz wszyscy absolwenci tej uczelni, dopiero w 1947 roku).
Wzruszające były wypowiedzi dawnych studentów Tadeusza Świeżawskiego o swoim ukochanym profesorze. Zapamiętali jego charakterystyczny, pokrzepiający gest, pokładania dłoni na ramieniu studenta-rozmówcy. I jak to studenci, pełni humoru i dowcipu, niektórym wykładowcom nadawali przezwiska, innych przedstawiali w karykaturach. Wśród tych Tadeusz Paprzyca Świeżawski przedstawiony jest jako elegancki mężczyzna w kompletnym garniturze wieczorowym z tzw. jaskółką, kamizelką i krawatem, trzymający w rękach model maszyny parowej, w tle umieszczono pole, na którym pracuje maszyna (może pług parowy), przed nią stojący mężczyzna i pochylona kobieta przy pracach polowych. Obrazek zaopatrzony jest w tekst przypisywany T. Świeżawskiemu: By na polu było ładne proso, chłop widłami gnój rozrzucał boso.
Prócz dobrego imienia, pozostały po nim publikacje, kilka książek, głównie na temat stosowania nowoczesnych maszyn w rolnictwie. Artykuły publikował na łamach Poradnika Gospodarskiego, Czasopisma Technicznego. Przeglądu Technicznego.
Był żonaty z Marią, z domu Ottmann, śpiewaczką operową, potomstwa nie zostawił. Zmarł w lipcu 1938 roku w Muszynie. Nie doczekał więc rezultatów swoich starań o powołanie politechniki w Poznaniu, a także przyznania tytułu inżyniera swoim ukochanym absolwentom.
Teczka jego dokumentów archiwalnych w uczelni zginęła w czasie wojny. Natomiast Archiwum Państwowe w Poznaniu ma zarejestrowane niektóre jego dane osobowe w kartotece mieszkańców Poznania. Najdawniejsze zapisy, dotyczące rodziny, na dokumencie chrztu, przechowuje Archiwum Diecezjalne w Przemyślu.
Wszystkie historyczne publikacje ukazujące się w Politechnice Poznańskiej lub powstające w jej kręgu, sławią postać i dokonania wspaniałego człowieka i profesora tej uczelni Tadeusza Paprzycy Świeżawskiego, rodem z ziemi lwowskiej.

„SOKÓŁ” WE LWOWIE

POCZĄTKI   TOWARZYSTWA  GIMNASTYCZNEGO  „SOKÓŁ”  WE   LWOWIE

Iwo Werschler

Dziadek Autora Franciszek Werschler z siostrą Julią
Dziadek Autora Franciszek Werschler z siostrą Julią

Po upadku powstania styczniowego, gdy załamały się romantyczne nadzieje na rychłe wyzwolenie Pol-ski spod zaborów, wśród młodej inteligencji rodził się sprzeciw wobec spisków i walki zbrojnej, a zwyciężały poglądy pozytywistyczne. Wśród nowych haseł pojawiało się również wezwanie do walki z gnuśnością fizyczną narodu. Przykład do naśladowania dawali nam Czesi, którzy podobnie jak mieszkańcy Galicji znajdowali się pod austriackim panowaniem, a w epoce swego odrodzenia narodowego zwrócili uwagę na znaczenie tężyzny fizycznej jako podstawy rozwoju duchowego, w myśl rzymskiego hasła: Mens sana in corpore sano.
Pod tym wpływem z inicjatywą założenia towarzystwa gimnastycznego we Lwowie wystąpili w 1866 r. akademicy Klemens Żukotyński i Ludwik Goltental,  do których dołączył Jan Żalplachta, major z powstania 1863 r.  Do zatwierdzenia nowej organizacji pozyskano też dra Józefa Millereta, radnego miasta Lwowa, i lekarza domowego ówczesnego namiestnika Agenora hr. Gołuchowskiego. Jeszcze w 1866 r. opracowano statut towarzystwa, który zatwierdzony został 7 lutego 1867 r.; w statucie nie znalazła się jeszcze nazwa „Sokół”, którą umieszczono tam dopiero w 1869 r. Natomiast w marcu, w ratuszu lwowskim, odbyło się zebranie wyborcze, na którym powołano władze organizacji; prezesem został dr J. Milleret. Wkrótce też utworzono stanowisko dyrektora, które objął dziennikarz Jan Dobrzański.
Natychmiast przystąpiono do organizowania ćwiczeń fizycznych. Zaczęto od nauki szermierki, którą prowadził „mistrz w swym zawodzie”, Achilles Marie. Miejscem ćwiczeń była początkowo sala w budynku przy ul. Jagiellońskiej 11; latem ćwiczono na wolnym powietrzu. Wkrótce wynajęto lokal w tzw. „pałacu”, dawnej restauracji Hecht`a,  na którego miejscu stoi obecnie gmach uniwersytetu przy ogrodzie  miejskim, dawnym jezuickim. Dopiero w 1884 r. wzniesiono okazałą siedzibę „Sokoła” lwowskiego. Został nią gmach zbudowany na rogu ulic Zimorowicza i Sokoła, z głównym wejściem od Zimorowicza. W budynku tym znajdowała się m. in. duża sala gimnastyczna o powierzchni 377 m2 i wysokości 9,40 m. Przyrządy i przybory gimnastyczne zakupił Jan Dobrzański.
Od początku „Sokół” koncentrował swą działalność wokół rozwoju tężyzny fizycznej. Dominowało jednak przekonanie, że powołaniem Towarzystwa jest jedynie rozwijanie gimnastyki wśród młodocianych. Pierwsi członkowie „Sokoła” byli przeważnie ludźmi starszymi, którzy zawiązali Towarzystwo raczej dla szerzenia i podtrzymywania gimnastyki wśród młodzieży szkolnej. Dla starszych, gimnastyka traktowana była jako „coś niemal ubliżającego”. Ówczesny system ćwiczeń dążył do osiągnięcia i wywołania efektów akrobatycznych i w gimnastyce jako takiej nie dostrzegał środka do celu, a raczej – sam cel. Ćwiczenia gimnastyczne od maja 1867 r. prowadził Wenanty Piasecki. Miał on duże doświadczenie, gdyż przebywając w latach 1859-62 w Szwajcarii odbywał praktykę wodoleczniczą, uprawiał gimnastykę i był członkiem Tow. Gimnastycznego w St. Gallen. Później zaś, w Dreźnie, uczył się teorii wychowania fizycznego, a po krótkiej przerwie spowodowanej udziałem w powstaniu styczniowym, wrócił do Galicji  i w latach 1865-7 uczył gimnastyki w szkole miejskiej w Krakowie. Tam też, nieco później, uzyskał stopień doktora medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim (we Lwowie nie było wtedy wydziału medycznego). Po W. Piaseckim uczył we Lwowie gimnastyki S. Szytyliński z Tarnopola, działający równocześnie w korpusie straży ogniowej. Na mocy umowy z Radą Miejską Lwowa, prowadzono zajęcia z gimnastyki w szkołach ludowych oraz dla kandydatów na nauczycieli. Z czasem „Sokół” zajął się całością wychowania fizycznego, a więc lekkoatletyką, kolarstwem, pływaniem, łyżwiarstwem, strzelectwem itp. Właśnie podczas II Zlotu Sokolego z okazji Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie, w 1894 r., doszło do rozegrania pierwszego publicznego meczu piłki nożnej na ziemiach polskich.
„Sokół” prowadził także działalność krajoznawczą organizując wycieczki, zrazu do pobliskich miejscowości jak Lubień Wielki nad Wereszycą (uzdrowisko położone o 21 km od Lwowa), czy Żółkiew, a później do Krakowa i Wieliczki, w Tatry, a nawet do Wiednia. W lipcu 1868 r. urządzono wycieczkę do Poznania, podczas której „Sokół” lwowski był po drodze witany przez niemieckie „Turnvereiny”, a w stolicy Wielkopolski podejmowany przez rodaków z zaboru pruskiego ze staropolską serdecznością i gościnnością.
W celu zdobywania funduszów na swą działalność, „Sokół” urządzał bale dla publiczności, a także wystawiał amatorskie przedstawienia teatralne.

Dziadek i Pradziadek w Krakowie
Delegaci "Sokoła" ze Lwowa Ferdynand i Franciszek Dobias (ojciec i syn) na uroczystości odsłonięcia "Pomnika Grunwaldzkiego" w Krakowie 15 lipca 1910 r.

Początkowo prowadzono działalność jedynie na obszarze Lwowa i Dublan. Jednak już w listopadzie 1867 r. wyszła ustawa o stowarzyszeniach dopuszczająca tworzenie filii poza siedzibą Towarzystwa. Z inicjatywy prezesa Millereta uchwalono na II walnym zgromadzeniu TG „Sokół”, w tymże roku, utworze-nie lwowskiej ochotniczej straży pożarnej. Powstała ona z członków Towarzystwa. Posiadała jednak zupełną autonomię w jego ramach. Dopiero w 1875 r. odłączyła się, zachowując tylko wspólną nazwę „Sokół” i godło.
W l. 1870-71 nastąpiły zmiany w kierownictwie Towarzystwa. Godność prezesa złożył dr Milleret, a na jego miejsce walne zgromadzenie powołało Jana Dobrzańskiego, który funkcję tę pełnił do śmierci (29.05.1886). J. Dobrzański został też pierwszym honorowym członkiem lwowskiego „Sokoła”.
Przyjrzyjmy się teraz ewolucji stroju sokolego. Rozróżnić tu trzeba: strój ćwiczebny i strój uroczysty czyli mundur. Pierwszy strój ćwiczebny zaprowadził naczelnik „Sokoła” lwowskiego od 1873 r., Franciszek Hochman, który zastał w Towarzystwie płatną instytucję przodowników. Hochman wprowadził zasadę bezpłatności przodownictwa, traktowanego jako funkcja zaszczytna. Strój ćwiczebny przyjęty na wniosek Hochmana składał się z bluzy bufiastej z płótna żaglowego, tzw. garibaldki przepasanej paskiem, i ze spodni. Po raz pierwszy publicznie ćwiczono w tym stroju na 12 rocznicę założenia „Sokoła”, w 1879 r.  Trzeba zaznaczyć, że obnażanie ramion i karku uważano wówczas za niewłaściwe. Mówiono o „bezczelnej nagości”. 2 grudnia 1884 r., na otwarciu własnej sali w nowym gmachu „Sokoła”, ćwiczący wystąpili już w białych trykotowych koszulkach. Stał się więc, jak mówiono wtedy we Lwowie, „okrutny szkandał”. W roku następnym wprowadzono tzw. meszty, czyli rodzaj półbutów. Po powrocie ze zlotu „Sokołów” w Pradze, w 1891 r., dokonano jeszcze jednej zmiany w stroju ćwiczebnym. Podczas występów publicznych zawodnicy ubrani byli w białe koszulki trykotowe z krótkimi rękawami i obszywką amarantową, siwe trykotowe spodnie z amarantowym paskiem, czarne meszty i czapkę sokolą. W 1875 r. Hochman ustąpił ze swego stanowiska, a kierownictwo techniczne objął Antoni Durski.
A oto jak rozwijał się strój paradny, czyli mundur sokoli. Już 16 listopada 1867 r. uchwalono, że członkowie „Sokoła” mają używać stroju składającego się z żupanika szarego koloru, amarantowej krawatki, czarnego pasa z srebrnym sokolikiem na klamrze, do tego szarych spodni, butów z cholewami i szarego kapelusza myśliwskiego z piórem sokolim. Taki strój sprawiło sobie jednak tylko kilku ówczesnych Sokołów. Wobec tego, na wniosek J. Dobrzańskiego, uchwalono w 1870 r., że Sokoły mają mieć jednolity strój. W tej sprawie jednak dopiero 11 maja 1885 r. Wydział przyjął odpowiednią uchwałę. Zakładała ona, że w skład umundurowania wchodziły: czamarka (rodzaj okrycia wierzchniego zapinanego na guziki aż pod szyję), czapka „batorówka” z denkiem rogatym, karmazynowa koszula i pantalony założone w buty z cholewami. (Tu warto wspomnieć, że w Wielkopolsce, wskutek żądania władz pruskich nie można było nosić koszul karmazynowych lecz niebieskie). W 1886 r. Wydział uchwalił, że członkowie „Sokoła” mają prawo używać stroju i oznak sokolich w obrębie gmachu Towarzystwa oraz podczas uroczystości, zabaw, wycieczek „urządzonych lub przyzwolonych przez Wydział”.
Organem TG „Sokół” był ukazujący się od 1.04.1881 r. Przewodnik Gimnastyczny, który otrzymywał każdy członek bezpłatnie. Dla Towarzystwa pieśń skomponował Wilhelm Czerwiński, a słowa napisał J. Lam. Oto jej początek:

Ospały i gnuśny zgrzybiały ten świat
Na nowe on życia koleje,
Z wygodnej pościeli nie dźwiga się rad
I duch i ciało w nim mdleje.
Hej Bracia Sokoły dodajmy mu sił
By ruchu zapragnął by powstał i żył.

Pod koniec XIX w. „Sokół” znajdował się pod ideowym wpływem stronnictwa narodowo-demokratycznego. Jednak rozwijający się w Galicji od 1908 r. ruch niepodległościowy stawiający na przygotowanie do konfliktu między zaborcami, wpływał również na umysły jego członków. Stąd w ramach „Sokoła” powstały stałe drużyny polowe, z których rekrutowało się następnie wielu bojowników o Wolną i Niepodległą Polskę w latach 1914- 1921.