Pomoc Wielkopolski dla Lwowa podczas wojny z Ukraińcami w 1919 r.

Lwów i PoznańTrwało jeszcze Powstanie Wielkopolskie, toczyły się zacięte boje z Niemcami, gdy Dowództwo Główne, sprawowane od 11 stycznia 1919 roku przez gen. Józefa Dowbor Muśnickiego, podjęło decyzję o pospieszeniu z pomocą walczącemu z Ukraińcami Lwowowi.

Dotychczasowe związki Poznania ze Lwowem, dwu kresowych wówczas miast polskich, były od dawna ożywione. Dlatego Wielkopolska z niepokojem śledziła trwające od 1 listopada 1918 roku zmagania polskiej społeczności Lwowa z siłami ukraińskimi. Prasa poznańska od początku tych walk prawie codziennie przynosiła o nich wiadomości. Po wyparciu Ukraińców ze Lwowa, 22 listopada 1918 r., dzięki odsieczy jaką dowodził ppłk M. Karaszewicz-Tokarzewski, sytuacja Polaków w mieście nadal była ciężka. Przez kilka miesięcy linia bojowa biegła tuż za rogatkami. Na miasto spadały pociski artyleryjskie. Łączność z resztą ziem polskich utrzymywano jedynie przez linię kolejową Lwów – Przemyśl, ale i on była kilkakrotnie przerywana. Ludność Lwowa cierpiała wszelki niedostatek. Brakowało wody, prądu i gazu, a przede wszystkim – żywności. Nie kursowały tramwaje. Józef Piłsudski wprowadził do akcji kilkutysięczną grupę operacyjną pod dowództwem gen. J. Romera. W wyniku jej działań obrona Lwowa została wzmocniona przybyłymi posiłkami. Gen. Romerowi nie udało się jednak wyzwolić obszaru na północ od linii kolejowej biegnącej do Przemyśla, która wskutek tego nadal bywała przerywana.

Tymczasem Komenda obrony Lwowa zwróciła się o pomoc do Dowództwa Głównego Wojsk Wielkopolskich. Do Poznania udał się także premier I. J. Paderewski z misją przedstawienia trudnej sytuacji i apelem o pospieszenie z odsieczą. Już wcześniej otrzymał Lwów pomoc materialną z Wielkopolski. Między innymi w styczniu wysłano transport złożony z 58 wagonów kolejowych wiozących głównie żywność i materiały sanitarne. W lutym zaś dotarły do Lwowa wagony z ziemniakami, żytem, cukrem i odzieżą. Pomoc ta witana była owacyjnie.

Gen. J. Dowbor Muśnicki zdawał sobie jednak sprawę, że wysłanie pomocy militarnej, mającej znaczenie podstawowe, jest rzeczą ryzykowną i będzie stanowiło wielką ofiarę ze strony Wielkopolski. Poznańskie bowiem  nadal było zagrożone przez Niemcy.  Nie chciały one oddać terytoriów, które miano przydzielić Polsce i rozwijały agitację za stawieniem zbrojnego oporu.

W tych warunkach dowódca wojsk powstańczych zdecydował się najpierw na wsparcie rodaków w Małopolsce Wschodniej siłami ochotniczymi. Na jego apel sformowano zatem tzw. ochotniczą kompanię poznańsko-lwowską, której dowódcą został  ppor. Jan Cieciuch. Kompania liczyła 204 żołnierzy, a już w trakcie walk była dwukrotnie wzmacniana posiłkami, w łącznej ilości 80 osób. Przez Przemyśl dotarto do Sądowej Wiszni, gdzie kompanię oddano pod dowództwo gen. F. Aleksandrowicza. Udział Wielkopolan w walkach rozpoczął się w rejonie Gródka Jagiellońskiego. W walkach pod Gródkiem kompania odznaczyła się zdobywając kilka wsi, a w nich cenny sprzęt bojowy. Poniosła też straty w zabitych i rannych. 19 marca 1919 r. dowódca i oficerowie kompanii odebrali gratulacje od generałów Aleksandrowicza, Iwaszkiewicza i Rozwadowskiego, już w dniu następnym żołnierze kompanii byli owacyjnie witani we Lwowie. W połowie kwietnia kompania ppor. Cieciucha została wcielona do 1 pułku Strzelców Lwowskich. W jego składzie bohatersko walczyła podczas ofensywy wielkanocnej zdobywając trzy wsie. Następnym etapem walk Wielkopolan był udział w bojach o Jaryczów Nowy i dalej aż po rzekę Seret. W czerwcu kompanię skierowano na najbardziej zagrożony odcinek frontu w okolicach Zborowa.  Polskie wojsko znalazło się tam w trudnej sytuacji i musiało się cofać pod naporem ofensywy ukraińskiej.   W czasie tych walk Wielkopolanie znowu wyróżnili się męstwem i karnością, dzięki czemu na bronionym odcinku nie tylko odpierali ataki nieprzyjaciela, ale i sami przechodzili do kontrataków. Gdy z kolei Polacy rozpoczęli ofensywę, kompania ppor. Cieciucha znalazła się w składzie 6 Dywizji Strzelców należącej do Armii gen. J. Hallera. Dzielna postawa Wielkopolan spotkała się znowu z pochwałą dowództwa. W specjalnym rozkazie gen. W. Iwaszkiewicz podkreślił, że od pierwszych walk o Lwów byli oni wzorem waleczności i dyscypliny oraz wysokiego poczucia obywatelskiego, co przejawiło się w tym, iż ludność cywilna nie zgłaszała żadnych skarg  pod ich adresem. Na początku sierpnia kompania wyjechała do Poznania. Wróciło ogółem 226 ludzi. W walkach o Lwów poległo 11, a 58 odniosło rany. Wszystkim żołnierzom i oficerom kompanii, Naczelna Komenda WP we Lwowie nadała „za dzielność i trudy poniesione w bojach o całość i niepodległość Rzeczypospolitej w czasie walk o obronę Lwowa od 12 marca do 1 lipca 1919 r.”, – Krzyż Obrony Lwowa.

Tymczasem po rozmowach z premierem Paderewskim, gen. Muśnicki, biorąc

pod uwagę trwanie rozejmu z Niemcami, podjął decyzję o skierowaniu pod Lwów większych sił. Tak więc do dyspozycji gen. Iwaszkiewicza wyjechała Grupa Wielkopolska dowodzona przez płk. Daniela Konarzewskiego. Składała się ona ze sztabu, 1 pułku Strzelców Wielkopolskich, I dywizjonu 1 pułku artylerii polowej, eskadry lotniczej i plutonu łączności. W sumie 3873 ludzi. Miejscem koncentracji była także Sądowa Wisznia. Grupie Konarzewskiego przydzielono zadanie wykonania głównego uderzenia na siły Ukraińskiej Armii Halickiej w okolicach Gródka Jagiellońskiego, celem przebicia pierścienia okalającego Lwów. Natarcie rozpoczęte o świcie 17 marca i kontynuowane następnego dnia, przyniosło pełny sukces. Grupa Wielkopolska osiągnęła linię Milatyn – Koców – Wołczuchy. Ukraińcy panicznie cofali się przed karnymi i dobrze wyekwipowanymi Wielkopolanami. Wystarczył okrzyk: „biskupi idą !”, a w szeregach ich powstawał zamęt (tu trzeba wyjaśnić, że „biskupami” nazywano żołnierzy poznańskich z powodu wysokich rogatywek, jakie nosili). W wyniku dalszych działań Wielkopolanie nawiązali łączność z oddziałami polskimi dowodzonymi przez płka  W. Sikorskiego,  dotarli do Gródka Jagiellońskiego i ostatecznie przerwali pierścień otaczający Lwów. Sukces ten doceniło Naczelne Dowództwo, a gen. Iwaszkiewicz w rozkazie z 19 marca stwierdził, że „żelazne zastępy Wielkopolan pod dowództwem płk. Konarzewskiego brawurowym atakiem (…) wpłynęły na zwycięstwo”. Kolejnym ich  sukcesem był wybitny udział w oswobodzeniu Lwowa od ostrzału artyleryjskiego jaki prowadziła UHA od południowego zachodu.  O świcie 19 kwietnia Wielkopolanie uczestniczyli w natarciu na wsie Glinnę i Nawarię. Po zdobyciu tych miejscowości zmuszono Ukraińców do opuszczenia wzgórz, z których dotąd nękali ogniem artyleryjskim Lwów.

W maju doszło do ofensywy polskiej w Małopolsce Wschodniej. Miała ona za zadanie oskrzydlić siły wroga pod Lwowem i Samborem. Dowództwo sprawował gen. Haller. Grupa Wielkopolska przetransportowana do Gródka Jagiellońskiego  nacierała na umocnione pozycje nieprzyjacielskie. 16 maja uderzyła na Komarno, następnie na Mikołajów, a ostatecznie zajęła Stryj. Po kilkudniowym pobycie w Stryju, Wielkopolanie wyjechali do Lwowa, skąd po krótki odpoczynku wyruszyli w drogę powrotną do Poznania. Tam powitano ich uroczyście, a sztandar 1 p. Strz. Wlkp. udekorowany został szarfą z napisem: Za obronę Kresów Wschodnich.

Przyczyną odwołania Grupy Wielkopolskiej z frontu małopolskiego była sytuacja na zachodzie. Jak wiadomo, w Paryżu, obradowała w tym czasie konferencja mająca za zadanie wypracować tekst traktatu pokojowego z Niemcami. Gdy na początku maja ogłoszono jego projekt, przez Niemcy przeszła fala protestów. Gotowi przeciwstawić się realizacji tego projektu siłą, Niemcy zaczęli koncentrować wojska wokół granicy z Polską. Siły ich przekroczyły 200 tys. żołnierzy. Zagrożenie to zmusiło Naczelne Dowództwo polskie do organizowania frontu antyniemieckiego, a Komisariat Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu  powierzył Piłsudskiemu Armię Wielkopolską. W czerwcu 1919 r. Armia Polska w całości podporządkowana została dowódcy wojsk państw sprzymierzonych i stowarzyszonych – marszałkowi F. Foch`owi.

Po podpisaniu traktatu wersalskiego, gdy zagrożenie minęło, Grupa Wielkopolska  licząca teraz  4442 żołnierzy, tym razem pod dowództwem gen. D. Konarzewskiego,  ponownie skierowana została na front wojny z Ukraińcami. Skoncentrowana nad Gniłą Lipą ruszyła do natarcia w kierunku Brzeżan. Akcję obserwował J. Piłsudski, który podziękował Wielkopolanom za mężną postawę. Po zajęciu Brzeżan Grupa prawie bez walki zajęła szereg miejscowości między Złotą Lipą a Seretem. W ostatnim dniu ofensywy natomiast, brawurowym natarciem  zdobyła Husiatyn.  Po wyparciu UHA za Zbrucz Grupę gen. Konarzewskiego skierowano na Wołyń.

Opisując udział Wielkopolan w walkach o Lwów i Małopolskę Wschodnią, wspomnieć należy także o „Szpitalu Lwów”. Był to szpital polowy zorganizowany w Poznaniu pod komendą mjra lek. Emanuela Twórza. Do Lwowa przybył on z wyposażeniem i personelem. Służył tak GW jak i innym oddziałom podległym Naczelnej Komendzie Obrony Lwowa.

Na koniec słów kilka poświęcić należy Wielkopolanom poległym w walce o Lwów i Kresy Wschodnie. Profesor Nicieja w swojej pomnikowej książce o cmentarzu Obrońców Lwowa pisze, że „trudno ustalić, ilu Wielkopolan padło w walkach o Lwów”. Na lwowskim Campo Santo mieli oni symboliczną kwaterę. Wielu bowiem ekshumowano i szczątki zabrano do stron rodzinnych. Przed II wojną kwaterą wielkopolską opiekowali się uczniowie paru szkół lwowskich. Jak powiedział podczas zbiorowego pogrzebu żołnierzy 1 p. Strzelców Wielkopolskich poległych pod Lwowem ich kapelan ks. K. Stankowski „ledwośmy sami zrzucili z siebie jarzmo niemieckiej niewoli, (…) a już pośpieszyliśmy na odsiecz Lwowa, bośmy dzieci jednej ojczyzny i jednego narodu”. W tamtej bowiem epoce miłość ojczyzny, patriotyzm, nie były czczym frazesem.

Iwo Werschler

 

Źródła:

  • Czubiński Antoni, Powstanie wielkopolskie 1918 – 1919. Geneza – charakter – znaczenie, Poznań 1978;
  • Łukomski G., Partacz Cz., Polak B., Wojna polsko-ukraińska  1918 – 1919, Warszawa 1994;
  • Muśnicki Dowbor Józef jen., Moje wspomnienia, Poznań 1936;
  • Nicieja Stanisław S., Cmentarz Obrońców Lwowa, Wrocław 1990;
  • Polak Bogusław, Z Wielkopolski do Lwowa 1919 r., „Nurt” nr 11/1989;
  • Romer Jan gen., Pamiętniki, Lwów 1938.

 

Lwów – miasto, którego trzeba i warto się uczyć

Nie pochodzę z Kresów i nie zamierzam się zgrywać na Kresowiaka; jedynie po 1863 roku w wyniku powstania styczniowego, na Wschodzie powstała oddzielna gałąź mej rodziny. Kiedy jednak przed rokiem zaproponowano mi współpracę z poznańskim oddziałem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich, przystałem na to, choć początkowo z pewnymi oporami i bez przekonania, bo spraw wschodnich najwyraźniej „nie czuję”. Potem była audycja studyjna w Telewizji ELSAT, w cyklu „W Labiryncie Historii”, kolejne spotkania, drobne prace na rzecz Towarzystwa – i zdecydowałem się dołączyć. Ujęła mnie w tej organizacji rzadko dziś spotykana atmosfera spotkań, stosunki panujące pomiędzy osobami niegdyś pozbawionymi rodzinnych stron, ogólna, szczera serdeczność i życzliwość. Przede wszystkim kierowała mną i nadal kieruje ogromna ciekawość ludzi, ich charakterów,  doświadczeń  i miejsc, z którymi tak silnie wciąż są związani. Będą więc to refleksje osoby stojącej z boku, patrzącej na te sprawy bardziej rzeczowo i z dystansem – co Koleżanki i Koledzy z Towarzystwa, mam nadzieję, mi wybaczą.

Wielkim doświadczeniem i przygodą był dla mnie wyjazd do Lwowa pomiędzy 27 kwietnia i 1 maja 2008 roku. Dzięki cennemu a życzliwemu sponsoringowi p.  dr. Romana Dawida Taubera, Rektora Wyższej Szkoły Hotelarstwa i Gastronomii, można było zorganizować wyprawę do dawnej stolicy Małopolski Wschodniej, z darami dla mieszkających tam Polaków. Jest to akcja charytatywna prowadzona przez Towarzystwo już od wielu lat, serdecznie a z wdzięcznością przyjmowana przez ludzi żyjących za granicą często w naprawdę trudnych warunkach. Dla osób, które jeszcze nie znały Lwowa zorganizowano grupę, która została oprowadzona po najważniejszych miejscach i obiektach miasta.

Pojechałem głównie po to, by się uczyć. Nieznanych mi dotąd stron i ludzi, porównać swoją dotychczasową wiedzę z realiami Kresów, wyprowadzić wnioski. A wszystko odbyło się we wspaniałej atmosferze. Jechaliśmy wygodnym autokarem, zamieszkaliśmy w hotelu „George” przy placu Adama Mickiewicza (a więc w centrum miasta), przewodniczką zaś była przemiła i wielce kompetentna Pani Iza – córka nestora przewodników lwowskich.

Lwów, stare miasto położone na skrzyżowaniu newralgicznych szlaków handlowych, zawsze był nieco kosmopolityczny, matecznikiem wielu kultur, języków i religii. Administracyjnie wchodząc w skład Korony, od tej strony zawsze był bardziej polski niż Wilno – odwieczna stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego (co prawda kulturalnie znacznie spolonizowane). Narodowości licznie zaludniające Lwów, żyły na ogół zgodnie – aż do 1 listopada 1918 roku, gdy z inicjatywy administracji dogorywajacej monarchii Habsburgów, odrodzono konflikty narodowe i uruchomiono nienawiści, dotychczas ukrywane lub może nawet nieuświadamiane. Od tej strony spokoju nie ma tam do dziś, owe niepokoje tlą się podskórnie, podsycane pamięcią krwawego dramatu z lat 1942 – 1948. W niczym to jednak nie zmieni faktu, że  w latach 1867 – 1918 Lwów był stolicą Galicji, Małopolski Wschodniej, tchnął wielkim światem i echem Wiednia – w odróżnieniu od hieratycznego, zapatrzonego w przeszłość, ale też zapyziałego, nieco obskurackiego a klerykalnego Krakowa.

Odruchowo zacząłem porównywać Lwów z oglądanym kilka miesięcy wcześniej Wilnem. Tam było wypreparowane z miasta zabytkowe centrum, dopięte niemal na ostatni guzik, nastawione na reklamę i chwałę w oczach gości i turystów – i dalekie od bogactwa obrzeża stolicy Litwy. Tutaj, we Lwowie, zgrzebność widoczna jest niemal na każdym kroku. Gdyby usunąć samochody i niektóre zewnętrzne elementy naszych czasów, przenieślibyśmy się w czasy Franciszka Józefa I, ery autonomicznej i w epokę Dwudziestolecia międzywojennego. Te same, fascynujące secesją kamienice, ta sama kostka brukowa (asfaltu nie jest tam wiele), te same stare a monumentalne pałace i gmachy rządowe. Te same, charakterystyczne świątynie, wieże, dachy i podwórza. Lwów nie był zniszczony działaniami wojennymi, nie trzeba więc było odbudowywać miasta. Zatem główna część historycznego centrum przetrwała w niewiele zmienionym stanie – tylko z wyraźnie widocznym zębem czasu. Widać, że przez kilka dziesięcioleci niewiele zrobiono dla zabezpieczenia miejsc i domów, a dziś ogromnie trudno nadrobić powstałe zaległości. Z zewnątrz jeszcze wszystko jako tako wygląda, często jednak lepiej nie zaglądać na podwórka i do starych mieszkań, które najpierw przeszły przez falę realizowania  „aktu sprawiedliwości dziejowej”, a potem nie miał ich kto remontować i konserwować. Remont i konserwacja wszystkiego od razu, jest dziś niemożliwa, pozostaje bolesny wybór – co się i czyni, ale nierzadko w połączeniu z usuwaniem elementów polskich.

Całkowicie za to zmienił się skład ludności Lwowa. W okresie międzywojennym Polacy stanowili  około 3/4 mieszkańców miasta – trzeciego pod względem wielkości (po Warszawie i Łodzi) w Rzeczypospolitej. Dziś jest to zaledwie jeden procent. Inna mowa na ulicach i w lokalach, język polski dominuje tylko w kilku punktach miasta – a i to przeważnie w miejscach, które odwiedzają czasowi przybysze z Polski. Nic dziwnego, dochód z turystyki zza Sanu jest ogromnym zastrzykiem dla finansów Lwowa i jego mieszkańców. Zatem raczej nie spotyka się demonstrowania niechęci wobec Polaków – inaczej niż poza miastem, gdzie miejscowa ludność ukraińska zachowuje się co najmniej nieufnie, tak, jak nasi mieszkańcy ziem zachodnich i północnych, gdy nagle pojawi się tam przybysz z Niemiec. Wyraźnie jednak  Ukraińcy patrzą na nas uważnie, a tu i ówdzie widać przejawy akcentowania ukraińskości miasta – często w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Jednym z głównych bohaterów Lwowa jest Stepan Bandera: ma tu swoją ulicę, pomnik przy kościele św. Elżbiety, jest patronem politechniki. Jeden z czołowych dowódców UPA, Roman Szuchewycz, osławiony  „Taras Czuprinka” patronuje arterii komunikacyjnej i jest bohaterem tablicy pamiątkowej umieszczonej… na ścianie polskiej szkoły.  W księgarni można zobaczyć reklamę książki o Ukraińskiej Powstańczej Armii „która powinna być w każdym ukraińskim domu”, a zaraz obok jest mapa wskazująca zasięg plemion ukraińskich we wczesnym średniowieczu aż po… Prosnę.  Wydarzenia z końca 1918 roku (traktowane przez Ukraińców jako powstanie narodowe) akcentowane są, w odpowiedniej formie, na tablicach pamiątkowych, przy których co pewien czas gromadzą się na swoich  masówkach i wiecach wielce tu honorowani weterani UPA. Jedno z takich spotkań na Prospekcie Swobody mogliśmy zobaczyć 28 kwietnia; ujawnienie  polskiego pochodzenia mogłoby się tam zakończyć raczej niemile… A uważać trzeba, bo dzisiejsi lwowianie znają, a przynajmniej rozumieją  język polski; alergicznie za to reagują (inaczej niż starsi i średni wiekiem Litwini) na język rosyjski. Na bazarach można kupić  nawet T-shirty z jednoznacznymi hasłami na ten temat. O „Lachach” raczej bez wyraźnej potrzeby się nie wspomina, o „Moskalach” – i owszem. Niemal zawsze w pejoratywnym kontekście. Ale i nas, w kwietniu 2008 roku spotykały różne niespodzianki. Już celnik na granicy, po zapoznaniu się z nazwą hotelu, w którym się zatrzymamy, stwierdził sugestywnie: „Bohaty ludzi, w ‚Żorż’ jedut”. No i staliśmy bezczynnie dwie godziny…   Nie dostalibyśmy się do wnętrza Kasyna Ziemiańskiego, bez nieformalnej opłaty od osoby, strażnicy zaś przy Politechnice, na widok zbliżającej się naszej grupy, pośpiesznie przystąpili do zamykania bramy wjazdowej. W sklepach przyjmowani byliśmy grzecznie i życzliwie, ale przed Cmentarzem Łyczakowskim autobus obskoczyli chłopcy domagający się pieniędzy… i radośnie klaszczący, gdy kierowca autokaru miał kłopot z wyjazdem z parkingu. Były więc miejsca i miejsca, ludzie i ludzie.

Znana, a wciąż gorąca jest we Lwowie sprawa wydarzeń z przełomu lat 1918 – 1919 i Cmentarza Orląt Lwowskich na Łyczakowie. Po latach celowej dewastacji i wandalizmu wreszcie pozwolono uporządkować i choćby częściowo zrekonstruować nekropolię – ale z równoległym, bardzo podobnym w formie cmentarzem żołnierzy ukraińskich. Tu zaglądają niemal wyłącznie Polacy – przede wszystkim ci przybyli z kraju. Między polskie groby na Cmentarzu Łyczakowskim licznie wkroczyły dość charakterystyczne stele – nagrobki notabli ukraińskich, lokatorów zmieniły też niektóre wiekowe grobowce. Powoli zachodzi potrzeba uruchomienia na większą niż dotąd skalę, akcji ratowania pomników na tej nekropolii. Konserwacji wymagają nawet niektóre nagrobki słynnych działaczy polskich, a wzruszający pomnik nagrobny Artura Grottgera porasta mech; niektóre napisy na nim są już prawie niewidoczne.

Prawie nic już nie pozostało z charakterystycznej przedwojennej atmosfery Lwowa rozśpiewanego, „luzackiego”, trochę cwaniackiego, czasem szemranego, w specyficzny sposób szarmanckiego – ale i silnego intelektualnie, z mocną pozycją wielu nauk, m.in. matematyki, historii, nauk technicznych. Jedynie na Prospekcie Swobody wieczorami skrzykują się spontanicznie grupy przypadkowych przechodniów, którzy stojąc w kole, wcale składnie śpiewają ukraińskie pieśni narodowe – patriotyczne, ale nie agresywne nacjonalistycznie. Tu i ówdzie widać też szachistów grających na ławce w parku,  otoczonych wianuszkiem kibiców – wyłącznie mężczyzn.

Polskość Lwowa tkwi w zabytkowej sferze materialnej miasta, lecz już nie w ludnościowej. Dzisiejszy Lwów to miasto, w którym nie wolno mieszać przeszłości z teraźniejszością,  o ile nie chcemy stworzyć mieszaniny wybuchowej, która doprowadzi do zniszczenia tych resztek polskości etniczej, jakie tam jeszcze pozostały. Smutna też jest inna refleksja: ten sam los nieuchronnie czeka i Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich, gdy odejdą ostatni, urodzeni w tamtych stronach. Nadzieją kontynuacji tradycji jest zaaangażowanie druhen i druhów ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej – ale nie będzie to już ten duch, co obecnie, będzie to bardziej działanie na przekór, próba cofania historii – a nie ważenie stanowisk i krzewienie zgody. Także we Lwowie stopniowo wygasa Polska etniczna, nie ma tam (podobnie zresztą jak w Wilnie) silnej polskiej inteligencji, która byłaby w stanie zorganizować prężny ruch narodowy. Działają polskie organizacje i towarzystwa, które czynią wszystko, by podtrzymać nasze tradycje, ale muszą bardzo uważać w obliczu realiów, z którymi mają na co dzień do czynienia. Istnieje nawet pewien rozdźwięk pomiędzy Ukrainą centralną i wschodnią z Kijowem, nastawioną proeuropejsko i daleką od nacjonalizmu – a Ukrainą zachodnią, konsekwentnie kultywującą tradycje UPA. Ten tygiel kipi podskórnie, tylko od czasu do czasu widać pojedyncze, dość jednoznaczne sygnały i trzeba bardzo uważać, by para z tego kotła nie wydostała się szeroką falą na zewnątrz. W tych właśnie realiach funkcjonują lwowscy Polacy – i członkowie Towarzystwa udzielający im wsparcia. Zrozumiały żal, irytacja, gorycz, tęsknota za utraconymi ziemiami ojczystymi, nie zmienią twardych realiów czasu. Jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji wydaje się być możliwie szybkie przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej, co otworzy drogę wzajemnym kontaktom i być może choć trochę zatrze dzielące różnice i zaszłości. Nie podział na moje i twoje, lecz świadomość, że to jest nasze, może doprowadzić do harmonii. W tej chwili bowiem mamy do czynienia z koniunkturalizmem politycznym i hipokryzją, gdy Rosji bez końca (skądinąd słusznie) wypominamy Katyń i łagry, ale o rzezi wołyńskiej, o potwornych wyczynach banderowców na Kresach Południowo – Wschodnich zachowuje się dyplomatyczne milczenie. A przecież są to kwestie nieporównywalne. Czy sprawy te kiedyś zostaną uregulowane? Z pewnością. Ale na pewno przełom na przyszłość można widzieć w Unii Europejskiej.

A ja do Lwowa na pewno jeszcze pojadę. Nie raz i nie dwa razy. Tego miasta naprawdę trzeba i warto się uczyć.

Marek  Rezler

Honorowe wyróżnienie „SEMPER FIDELIS”

Statuetka "Semper Fidelis"
Statuetka "Semper Fidelis"

W dniu 13 czerwca 2011 roku odbyło sie doroczne posiedzenia Komisji Wyróżnienia „SEMPER FIDELIS”.

Komisja powołana przez Zarząd poznańskiego Oddziału TMLiKPW zaopiniowała  wnioski i zakwalifikowała jeden do zaszczytnego wyróżnienia.

Wniosek komisji zatwierdza Zarząd.

Przewodniczący Komisji kol. Iwo Werschler przedstawił w dniu 15 czerca na posiedzeniu Zarządu wniosek komisji, który po dyskusji zostałł przez członków Zarządu przegłosowany i przyjęty.

Oficjalne ogłoszenie decyzji zostanie dokonane na uroczystości inaugurującej XIV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu w dniu 10 września br.

Przy tej okazji kol. Iwo Werschler opisał dotychczasowych laureatów tego wyróżnienia.

Laureaci wyróżnieni statuetką „SEMPER FIDELIS”

Statuetka, którą funduje sponsor ( firma, osoba prywatna) przekazuje ją Poznańskiemu Oddziałowi Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich.

Statuetkę zaprojektował i dotychczasowe wykonał nasz kolega Jarosław Lebiedź.

Od 2007 roku statuetka Lwa jest wręczana podczas Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu osobom szczególnie zasłużonym dla Kresów Południowo – Wschodnich Drugiej Rzeczypospolitej, zarówno przez udzielanie pomocyżyjącym tam Rodakom, ratowanie od zagłady pamiątek polskiej kultury, upamiętnianie miejsc martyrologii Narodu Polskiego, jak i popularyzację wiedzy o utraconych ziemiach.

W latach 2007 – 2010 statuetke Lwa otrzymali:

  • Minister Andrzej Przewoźnik
  • Profesor Andrzej Stelmachowski
  • Prezes Szczepan Siekierka
  • Przewodniczący Koła Bukakowczan Tadeusz Tomkiewicz

Sylwetki Laureatów:

Andrzej Przewoźnik - źródło Wikipedia.org
Andrzej Przewoźnik – źródło Wikipedia.org

Minister Andrzej Przewoźnik , wyróżniony Lwem „Semper Fidelis” w 2007 roku, urodził się 13 maja 1963 roku w Jurkowie. Studia historyczne na Uniwersytecie Jagielońskim ukończył w 1988 r. W 2002 roku został absolwentem studiów podyplomowych w zakresie obronności kraju na Akademii Obrony Narodowej w Warszawie. W latach osiemdziesiatychXX wieku działał w opozycji solidarnościowej. Od roku 1990 pracował na różnych stanowiskach w administracji państwowej.

Od 1 września 1992 roku do,  tragicznej śmierci, pełnił funkcję sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W okresie od 1994 r. do 1998 r. był wiceprzewodniczącym i sekretarzem Komisji ds. Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Katyńskiej przy Premierze RząduRP. Ponadto był członkiem Rady Muzealnej Państwowego Muzeum  „AUschwitz-Birkenau” w Oświęcimiu i innych ważnych, dla upamietniania zbrodni popełnionychna Narodzie Polskim, placówek. Do licznych zasług A. Przewoźnika należą m. inn.: patronowanie dalszej odbudowie i uroczyste otwarcie odnowionego Cmentarza Orląt we Lwowie, budowa Cmentarza Oficerów Polskich w Katyniu oraz utworzenie kwatery poległych na Wileńszczyźnie Żołnierzy Armii Krajowej na wileńskiej Rossie.

Minister Andrzej Przewoźnik zgińął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku.

 

Andrzej Stelmachowski - źródło Wikipedia.org
Andrzej Stelmachowski – źródło Wikipedia.org

Profesor Andrzej Stelmachowski otrzymał Lwa w 2008n roku. Profesor urodził się 28 stycznia 1925 roku w Poznaniu.Przd II wojna związany był ze środowiskiem endeckim. W czasie II wojny należał do AK. Po wojnie w 1947 r. ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim; na tejże uczelni uzyskał doktorat. Od 1962 r. był profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, a od 1969 – Warszawskiego. Specjalizował sie w prawie cywilnym i rolnym. W 1980 roku prof. A. Stelmachowski został doradcą Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni im. Lenina w Gdańsku.

Po wprowadzeniu stanu wojennego w w latach następnychprzewodniczył Komitetowi Organizacyjnemu i Koscielnej Fundacji na rzecz Rolnictwa. W latach 1987 – 1990 był prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. W 1989 roku uczestniczył w obradach „okrągłegostołu” i został senatorem I kadencji Senatu RP, w którym objął stanowisko marszałka. W rządzie Jana Olszewskiego pełnił funkcje ministra edukacji narodowej. W 2007 r. natomiast został doradcą śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw Polonii Zagranicznej. Od lutego 1990 r. do 11 maja 2008 r. był prezesem Stowarzyszenia Wspólnota Polska w Warszawie. Zmarł 6 kwietnia 2009 r.

Do wybitnych zasług profesora A. Stelmachowskiego należy wspieranie w wieloraki sposób Rodaków na b. Kresach i organizacji kresowych.

 

Mgr inż. Szczepan Siekierka, ekonomista, wyróżniony Lwem w 2009 r., urodził się 3 sierpnia 1928 r. we wsi Toustobaby, powiat Podhajce, województwo tarnopolskie. Po II wojnie światowej osiadł na Dolnym Śląsku.

Świadek rzezi Polaków na Kresach, zainicjował i współzałożył w 1990 r. Stowarzyszenie Rodzin Pomordowanych Polaków pod nazwą Misja Pojednania i Pokuty we Wrocławiu. W 1992 r. przekształcił je w Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów. Wtedy też rozpoczął wydawanie czasopisma Na Rubieży . Stowarzyszenie, którym kieruje, współpracuje z Instytutem Pamięci Narodowej i Komisją Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Stowarzyszenie gromadzi i dokumentuje świadectwa zbrodni popełnionych na polskiej ludności Kresów przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię.

Prezes Siekierka jest współautorem i wydawcą wielu książek na temat ludobójstwa na Kresach. Z jego inicjatywy powstało kilkanaście pomników i wmurowano ponad sto tablic upamiętniających mordy dokonane przez Ukraińców na Polakach. W 1999 r. poświęcono we Wrocławiu, wzniesiony dzięki staraniom Sz. Siekierki, Pomnik-Mauzoleum Ofiar Zbrodni na Kresach Południowo-Wschodnich  popełnionych na Polakach przez OUN-UPA w latach 1939 – 1947.

 

Tadeusz Tomkiewicz r
Tadeusz Tomkiewicz

Mgr Tadeusz Tomkiewicz, nasz kolega z Oddziału Poznańskiego TML i KPW, otrzymał Lwa w 2010 roku.

Urodził się 21 września 1923 r. w Poświerzu, przysiółku Bukaczowiec, powiat Rohatyn, województwo stanisławowskie. Przed II wojną światową rozpoczął naukę w gimnazjum w Stanisławowie.W czasie wojny, wobec zagrożenia ludności polskiej  Bukaczowiec przez bandy UPA, znalazł się najpierw we Lwowie, a następnie w Tarnowie. Wstąpił do Armii Krajowej przyjmując pseudonim „Żbik”. Po wojnie uczył się w tzw. Szkole Orląt w Dęblinie, ale z powodów politycznych nie uzyskał licencji pilota. Następnie studiował geografię na UAM w Poznaniu. Już od 1953 r. pracował jako kierownik grupy wykonującej mapy topograficzne obszaru PRL. Kierował także pracami geodezyjnymi w Wielkopolsce. Po 1989 r. działał w Zarządzie Okręgu „Wielkopolska” Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Poznaniu.

Od początku istnienia Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich był jego członkiem, przez szereg lat pracując w zarządzie Oddziału Poznańskiego tej organizacji. Jego artykuły publikował periodyk TML, „Semper Fidelis”, ukazujący się we Wrocławiu.

Emocjonalnie mocno związany z rodzinną ziemią bukaczowiecką, współzałożył w 1994 r. „Ognisko Bukaczowian” i rozpoczął redagowanie pisemka pt. Biuletyn Bukaczowiecki. Do 2010 r. wydał 64 numery tego pisma. Wielką zasługą T. Tomkiewicza było zainicjowanie ratowania od zagłady cmentarza w Bukaczowcach, stanowiącego cenną pamiątkę po żyjących tam od dawien dawna Polakach. Dzięki niemu, w 2006 r., wydany został piękny album poświęcony tej nekropolii. Na krótko przed śmiercią, wraz z p. Krystyną Tokarską, opracował i opublikował obszerną monografię pt. „Moje Bukaczowce”.

T. Tomkiewicz był aktywnym krzewicielem wiedzy o Kresach. Przez szereg lat organizował wycieczki na Podole i Pokucie. Często wybierał dla nich trasy wiodące przez miejsca upamiętnione w Trylogii Henryka Sienkiewicza. Prowadził też pogadanki o Kresach wśród młodzieży szkół poznańskich. Najcenniejszym wyróżnieniem jakie otrzymał przed przyznaniem mu Lwa, był Złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Dostał go w 2007 r. Tadeusz Tomkiewicz zmarł po ciężkiej chorobie 18 marca 2011 r.

Iwo Werschler