WIELKOPOLANIE NA KRESACH

W tym roku tematem Dni Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich będą Wielkopolanie na Kresach. Teraz: trochę Wielkopolski na Kresach.

W książce „Wołków-Kołczyn. Dzieje parafii i parafian – napisanej przez Jana Minorowicza  (2004) zawarta jest też broszura   wydana wcześniej (1937) przez ks Józafata Giszczyńskiego, proboszcza parafii rzymsko-katolickiej w Wołkowie (pow. Lwów).

I w tej to broszurce czytamy: „Za króla Kazimierza Wielkiego ziemia czerwieńska tj. lwowsko-halicka w roku 1366 wróciła do Polski (…). W pierścieniu Lwowa nad rzeczkami Pełtwią i Żuberką,  na urodzajnej – lecz niezaludnionej – ziemi kresowej osiedlił (król) rodziny przybyłe z Wielkopolski. Powstałe kolonie przybierały nazwy te same, które miały te miejscowości, z których osadnicy pochodzili, również kościołom, które stawiali na nowej ziemi nadawali tytuł patrona miejscowości rodzinnych.

Z południowych powiatów ziemi Wielkopolski w roku 1369 osiedliły się nad Żuberką dwie kolonie: Krotoszyn i Wołków. Te dwie osady polskie dzieli wieś czysto ruska Żyrawka, która o wiele później na ziemi królewskiej z jeńców tatarskich osiadła. Mimo, iż  Krotoszyn graniczy z tą ruską wsią, pozostał on do dziś dnia czysto polski.

Wieś Wołków zaś podarował skarb królewski łowczemu ziemi halickiej panu Kurdwanowskiemu.”

 

Wanda Butowska

 

W: Ks. Józafat Giszczyński, Jan Minorowicz – „Wołków-Kołczyn. Dzieje parafii i parafian”. Lwów 1937/Gorzów-Kołczyn 2004. Biblioteczka Nadwarciańskiego Rocznika Historyczno-Archiwalnego  nr 15.

DEPORTACJE

SYBIR –  „10  LUTY BĘDZIEM PAMIĘTALI, GDY PRZYSZLI SOWIECI  MYŚMY JESZCZE SPALI?”

Rodrycjusz Gerlach

   Myślę, że po 22. latach odzyskania przez Polskę suwerenności Polacy młodzi i starsi wiedzą, że druga wojna światowa wybuchła 1. września 1939 roku. Tę datę uznaje cały świat poza Rosją. Obecni władcy Kremla kłamliwie twierdzą, że wojna rozpoczęła się w czerwcu 1941 roku. Wg nich nie było 1 ani 17 września 1939 r., bo Związek Sowiecki nie napadł w zmowie z Niemcami na niepodległe państwo polskie, a tylko  – wyzwolił Kresy Wschodnie od pańskiej Polski – Profesor Andrzej Nowak opisując fałszerstwa rosyjskiego historyka Mieltuchowa, który twierdzi, że napaść na Polskę we wrześniu 1939 roku była czysto defensywnym posunięciem, wyrażające konieczność rosyjskiej racji stanu. Profesor Nowak do szczególnej ponurej groteski zaliczył usprawiedliwianie przez Mieltuchowa masowych deportacji setek tysięcy Polaków z Kresów Wschodnich na Sybir i do Kazachstanu m.in. tym, że „władza sowiecka ratowała ich przed ukraińskimi „rezunami” oraz, że tylko ich deportował, a mógł ich rozstrzelać?” (!!)

   W dzisiejszych czasach rozstrzeliwanie ludzi przez komunistyczny Związek Sowiecki przestało być tajemnicą. Sami bowiem przyznali się do rozstrzelania ponad 22. tysięcy polskich oficerów w Katyniu, Miednoje i Charkowie.

   „Ratując” Polaków sowiecka władza deportowała w czterech masowych wywózkach na Sybir i do Kazachstanu ponad 1.350 tys. Polaków w latach 1940-1941. Trzeba pamiętać, że deportacje trwały do 1952 roku!

   Pierwszą masową deportację przeprowadzono 10. lutego 1940 roku. Pamiętam, że było to dla nas całkowite zaskoczenie i strach. Baliśmy się bo gdy tyko do naszego domu wszedł oficer NKWD ze swoimi pomocnikami – Żydami i Ukraińcami – zaczął krzyczeć „wstawać, sobiraćsia!” Najgłośniej zachowywał się NKWDzista, który z pistoletem w ręce chodził z pokoju do pokoju i ponaglał „bystro, bystro!” Tato domyślił się, że będą nas wywozić i kazał pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Ponieważ była sroga zima najwięcej ubrań włożyliśmy na siebie. Tak było w każdym domu naszej wioski Mazury, pow. Podhajce, woj. tarnopolskie. Na stacji kolejowej w Tarnopolu stały towarowe wagony, do których musieliśmy wchodzić ze swoimi tobołkami.

   Cały czas byliśmy pilnowani przez uzbrojonych w karabiny NKWDzistów.

Gdy wszyscy przeznaczeni do danego wagonu weszli, drzwi zostały zamknięte.

  W wagonie były zrobione z desek prycze – gołe deski. Każda rodzina zajmowała ze swoimi tobołkami część pryczy. W górnej części wagonu było małe okienko, przez które wpadało trochę światła. Pośrodku stał mały żelazny piecyk. Sanitariat zastępowała dziura w podłodze. Z tego otworu korzystało około 70 osób. Takim oto pociągiem jechaliśmy przez cały miesiąc na wschód. Po drodze mijaliśmy góry Ural, syberyjskie miasta m.in. Czelabińsk, Omsk, Nowosybirsk. Po 30. dniach dotarliśmy do Krasnojarska.

   Z Krasnojarska szliśmy za ciągnionymi przez małego konia saniami po zamarzniętym Jenisieju na północ. W Jenisiejsku nastąpiła zamiana furmanek, nas niestety, nikt zmienić nie mógł. Po tej zmianie szliśmy nadal na północ z tym, że teraz droga wiodła przez Wyżynę Środkowo-Syberyjską. W ten sposób dotarliśmy do Siewiero Jenisiejska. Odległość, jaką pokonaliśmy wynosiła pond 500 km! Nie był to kres naszej drogi. Byliśmy przeznaczeni do łagru NKWD usytuowanego w tajdze, oddalonego od najbliższej stacji kolejowej – Krasnojarska – ponad 700 km. Łagier nazywał się Teja-Zimowio. Wszyscy dorośli musieli iść do pracy przy wyrębie drzewa. W czasie jazdy pociągiem byliśmy głodni. Nie było inaczej podczas pobytu w łagierniczym baraku. Poza otrzymywanym na kartki chlebem, nie mieliśmy nic dodatkowego do jedzenia. Mróz, choroby i niezwykle ciężka praca powodowała, że w czasie pobytu w tym łagrze zmarło wielu zesłańców. W szczególności małe dzieci i ludzie starzy. Tutaj zmarł nasz 15. letni Tadek.

   Jesienią 1941 roku powstały warunki umożliwiające nam opuszczenie łagru. Ucieczka stąd odbywała się w niezwykłe trudnych warunkach. Pieszo, tratwami, łodziami i statkiem rzecznym dotarliśmy do Krasnojarska cierpiąc straszliwy głód. Stąd miejscowe władze skierowały nas do rejonowego miasta Ujar oddalonego 120 km w kierunku wschodnim. Przybyli tu zesłańcy dostali pracę w miejscowej cegielni i co w naszej sytuacji najważniejsze otrzymaliśmy kartki na chleb! Warunki, w jakich przyszło nam teraz żyć zmieniły się na tyle, że byliśmy wśród ludzi, a nie w barakach zagubionych w bezkresnej tajdze.

    Warunki materialne niestety nie poprawiły się. Byliśmy skazani na kartkowe racje chleba i głód.

W Ujarze, na skutek choroby, w grudniu 1942 roku zmarła nasza kochana Mama.

    W lecie po długiej chorobie z wycieńczenia organizmu na skutek głodu i ciężkiej pracy zmarła siostra Bronia, miała 19 lat.

   Tato był mężem zaufania delegatury ambasady polskiej w Krasnojarsku na rejon Ujaru. W czerwcu 1943 roku został w nocy aresztowany przez NKWD i w październiku skazany przez sąd w Krasnojarsku na karę śmierci przez rozstrzelanie. Oskarżona go m.in. za to, jak podano w akcie oskarżenia i wyroku, że „organizował zbrojne powstanie przeciwko Związkowi Sowieckiemu”. Tato zmarł w łagrze w Krasnojarsku. W 1944 roku zmarł brat Stanisław, miał 35 lat. Ja w tym czasie byłem już w polskim wojsku. Zostałem powołany gdyż miałem już 17 lat.

   W drugiej połowie 1945 roku Polacy wiedzieli, że będą mogli wrócić do kraju. Z opowiadania siostry Tosi wiem, że 25.letnia Józia w tym czasie była chora, leżała w barakowej kwaterze. Nie było bowiem dla niej miejsca w szpitalu. Na Syberii w tym czasie było jeszcze czworo rodzeństwa, trzy siostry i młodszy brat. Kiedy w izbie rozmawiali o powrocie i że jego termin niedługo nadejdzie, że być może stanie się to już na początku przyszłego roku. Józia ciężko chora prosiła cichutkim głosem: „nie zostawiajcie mnie”. Były to straszne chwile dla pozostałych, którzy nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Józia zmarła późną jesienią 1945 roku.

   Z dziesięcioosobowej rodziny w maju 1946 roku powróciły 2. siostry i brat. Sześcioro z naszej rodziny pozostało na zawsze pochowanych w tej „nieludzkiej ziemi”. Ja byłem już wcześniej z wojskiem w Polsce.

   Podobną gehennę na zesłaniu w syberyjskiej tajdze przeżywali Polacy w okresie sześcioletniej, a nawet dziesięcioletniej poniewierki przy wyrębie lasu, czy w innych różnych miejscach.

   Oto kilka przykładów przeżyć lubskich sybiraków:

– Leokadia Czaronek

  Deportowana z matką i bratem w czerwcu 1941 roku w okolice Barnaułu Ałtańskiego Kraju. Na zesłaniu zmarł jej brat Józef. Do Polski wróciła w marcu 1946 roku. Ojciec został zamordowany przez NKWD w 1941 w Berezweczu.

   – Maria Azarowska

  Deportowana 13 kwietnia 1940 roku z Wileńszczyzny do Siewiero Kazachskiej obłasti. Na zesłaniu zmarło dwóch członków jej rodziny. Do Polski powróciła w kwietniu 1946 roku.

   – Stanisław Maconko

   Deportowany z rodziną w marcu 1951 roku do Irkuckiej obłasti. Ojciec Stanisława brał udział w wojnie obronnej w 1939 roku i dostał się do niewoli sowieckiej. Był w armii Andresa i walczył pod Monte Casino. Po wojnie wrócił do swoich rodzinnych stron. Miejscowe władze NKWD nie dały rodzinie Stanisława spokoju i deportowały ją na Sybir. W ten sposób ojciec rodziny przebywał na zesłaniu po raz drugi. Do Polski powrócił z rodziną w lipcu 1957 roku.

   – Franciszek Raczewski

   W czasie wojny był żołnierzem Armii Krajowej. W kwietniu 1944 roku został aresztowany prze NKWD i skazany na 10 lat łagru. Osadzony w łagrze w północnych regionach Kiemirowskiej obłasti, a następnie był więziony na Kołymie w obłasti Magadan. Do Polski powrócił w styczniu 1957 roku.

   – Katarzyna Zujewska

   Deportowana 10 lutego 1040 roku do obłasti Pawłodar w Kazachstanie z dwoma małoletnimi synami. Na zesłaniu w niezmiernie ciężkich warunkach przebywała sześć lat. Ta samotna matka zdołała ciężką pracą, co dzienną troską o chleb i matczyną miłością zachować przy zdrowiu i życiu swoich synów Janka i Waldemara. Wszyscy troje wrócili do Polski w marcu 1946 roku.

    – Halina Skindzier

   Deportowana z rodziną w lutym 1946 roku do miejscowości Nowa Lala w Swierdłowskiej obłasti. Deportacja nastąpiła w czasie, kiedy Polacy zesłani w 1940 roku wracali do kraju. W wieku kilkunastu lat pracowała jako spawacz, jednocześnie ucząc się w szkole wieczorowej. Do Polski powróciła w grudniu 1955 roku.

   Pamięć o syberyjskiej gehennie nie może być zapomniana. Tę pamięć powinno pielęgnować współczesne pokolenie Polaków, aby Polska i Polacy nigdy w przyszłości nie doznali tyle dramatów i upokorzeń.

 

PATRONI ULIC POZNANIA ZWIĄZANI Z KRESAMI POŁUDNIOWO-WSCHODNIMI DAWNEJ RZECZPOSPOLITEJ – cz.1

Chodząc ulicami Poznania zauważamy, że szereg ulic nosi imiona ludzi związanych w większym lub mniejszym stopniu z Kresami Południowo-Wschodnimi. W różnych dzielnicach miasta spotykamy patronów, którzy działali na Kresach. I jest ich nie mało.

Cyklicznie będziemy przedstawiać ich sylwetki. Pierwszym jest Roman Abraham.

 

ABRAHAM  ROMAN (1891-1976) – generał

Roman Abraham urodził się 28 lutego 1891 r. we Lwowie. Był synem profesora uniwersyteckiego Władysława i Stanisławy z Reiffów.

W 1910 ukończył gimnazjum OO. Jezuitów w Bąkowicach k. Chyrowa. Studiował na Wydziałach Filozofii i Prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, w którym w 1915 r. uzyskał tytuł doktora praw i umiejętności politycznych. Podczas studiów działał w „Drużynach Bartoszowych” i w organizacji Zet.

Roman Abraham ukończył Oficerską Szkołę Kawalerii dla jednorocznych ochotników. Podczas I wojny światowej służył w armii austro-węgierskiej w 1 Pułku Ułanów Obrony Krajowej, brał udział w walkach na froncie francuskim, rosyjskim, rumuńskim, serbskim i włoskim.

Po zakończeniu działań wojennych powrócił do Lwowa i wstąpił do organizacji „Polskie Kadry Wojskowe”. W listopadzie 1918 r. wstąpił do Wojska Polskiego służąc w stopniu podporucznika. Od 1 listopada 1918 r. podczas wojny polsko-ukraińskiej dowodził sektorem „Góra Stracenia” we Lwowie. Stworzył własny oddział zwany później „Straceńcami” od nazwy odcinka oraz z powodu odwagi i dzielności żołnierzy, którzy walczyli z powodzeniem na różnych odcinkach obrony Lwowa: w zdobywaniu dworca, w obronie Persenkówki i w Śródmieściu. Oddział pod dowództwem porucznika Romana Abrahama zatknął sztandar polski na lwowskim ratuszu o świcie 22 listopada. 24 listopada 1918 r. Abraham został mianowany rotmistrzem, a od stycznia 1919 r. dowodził samodzielnym batalionem, pułkiem i Grupą Operacyjną własnego nazwiska w dywizji pułkownika Władysława Sikorskiego. Od sierpnia 1919 r. był oficerem oddziału operacyjnego i obserwatorem w 59 Eskadrze Lotniczej. Brał także udział w innych bitwach m.in. w walkach o Przemyśl.

W lipcu 1920 r., gdy 1 Armia Konna Siemiona Budionnego nacierała na Lwów, rotmistrz Roman Abraham w  porozumieniu z brygadierem Czesławem Mączyńskim zorganizował w tzw. „Detachement” – wydzielony oddział walczący na południowo-wschodnim froncie, odnosząc wiele sukcesów bojowych. Gdy został ranny pod Chodaczkowem, będąc na noszach dowodził oddziałem. 17 sierpnia 1920 r. żołnierze jego „Detachement” pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego stawili opór przeważającej sile bolszewickiej konnicy pod Zadwórzem. Liczba poległych wówczas wyniosła 318. Ofiara krwi powstrzymała nawałę konnicy Budionnego. Bitwa pod Zadwórzem  pod Lwowem nazwano polskimi Termopilami.

W 1921 r. Roman Abraham został oddelegowany na Śląsk, po awansowaniu go na majora kawalerii. Pracował jako oficer do zleceń specjalnych w Sztabie Generalnym. Był pełnomocnikiem przy komisarzu plebiscytowym Wojciechu Korfantym. Jego zadaniem było, w porozumieniu z dowódcami Okręgów Generalnych we Lwowie, Krakowie i Poznaniu,  organizowanie dostaw broni i amunicji dla powstańców oraz transport ochotników. Działał pod pseudonimem Roman Wydera.

W 1922 r. Roman Abraham ukończył Wyższą Szkołę Wojenną w Warszawie i otrzymał nominację na wykładowcę taktyki. W 1927 r. objął dowództwo 26 pułku Ułanów Wielkopolskich im. hetmana Karola Chodkiewicza w Baranowiczach. W latach 1929-1932 w randze pułkownika dowodził Brygadą Kawalerii „Toruń”. Po ukończeniu kursu wyższych dowódców w Centrum Wyszkolenia Wyższych Studiów Wojskowych dostał przydział na dowódcę Brygady Kawalerii „Bydgoszcz”. Od kwietnia 1937 r. objął dowództwo Wielkopolskiej Brygady Kawalerii. Z nią później wyszedł na wojnę 1939 r. Nominację na generała brygady otrzymał 19 marca 1938 r. W czasie dowodzenia Brygadami Kawalerii „Toruń” i „Bydgoszcz” oraz Wielkopolskiej Brygady Kawalerii organizował, szkolił i unowocześniał pułki, wprowadzając do nich motoryzację.

We wrześniu 1939 r. dowodził Wielkopolską Brygadą Kawalerii, która w pierwszych dniach września broniła rejonu Śrem-Leszno-Rawicz. Do 3 września skutecznie odpierała ona ataki oddziałów armii niemieckiej. Generał Abraham osobiście dowodził kontratakiem na pozycje niemieckie w Bojanowie k. Rawicza. Jednocześnie 2 września kierował wypadem w kierunku Wschowy. Bitwa nad Bzurą okryła sławą bohaterską Brygadę i jej dowódcę. 9 września oddziały z dużym powodzeniem uderzyły na Sobotę i Walewice. Od 13 września Abraham przeszedł ze swą brygadą do obrony, tocząc ciężkie walki o Brochów, leśniczówkę Dembowskie Górki, Zamość, Sierakowo i Laski. Na rozkaz część jego pododdziałów przebiła się do Warszawy i 20 września dotarła do Bielan. W dniu 23 września generał Tadeusz Kutrzeba mianował Romana Abrahama dowódcą Zbiorczej Brygady Kawalerii. Generał Abraham został ranny w obronie Warszawy. 15 października 1939 r. Niemcy aresztowali go w Szpitalu Ujazdowskim. Przyczyną aresztowania było oskarżenie o zlikwidowanie hitlerowskiej dywersji w Lesznie w pierwszym dniu wojny oraz o zatwierdzanie wyroków śmierci na dywersantów niemieckich w Śremie. Początkowo więziony był w Poznaniu, po czym przewieziony został do obozu jenieckiego w Murnau VII A. Dwukrotnie próbował z niego uciec. Został uwolniony 30 kwietnia 1945 r. przez wojska amerykańskie.

Po wyzwoleniu wrócił do kraju. Pracował w instytucjach repatriacyjnych i w Ministerstwie Administracji Publicznej. Władze komunistyczne nie pozwoliły mu powrócić do wojska. Pracował dalej m.in. w Polskim Czerwonym Krzyżu, Ministerstwie Administracji Publicznej i w spółdzielczości. W 1950 r., na skutek zastraszania przez Urząd Bezpieczeństwa przeszedł na emeryturę.

Generał Roman Abraham zmarł 26 sierpnia 1976 r. w Warszawie. Pochowany został na cmentarzu parafialnym we Wrześni. Był żonaty z Martą ze Śmiglów, jedyny syn zmarł wkrótce po przyjściu na świat. Wdowa po gen. Abrahamie, zmarła 28 kwietnia 2007 r.

Generał Abraham jest patronem Zespołu Szkół Rolniczych we Wrześni, a wyróżniający się w nauce uczniowie tej szkoły otrzymują wraz ze świadectwem medal pamiątkowy.

Roman Abraham był autorem prac wojskowo-historycznych publikowanych m.in. w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym”, „Więzach” i „Kierunkach” oraz „Wspomnień wojennych znad Warty i Bzury”.

Za swe ogromne zasługi wielokrotnie został odznaczony: Krzyżem Złotym Orderu Wojennego Virtiti Militari, Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Niepodległości z Mieczami, pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, czterokrotnie Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Obrony Lwowa, Medalem Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości, był belgijskim Komandorem Orderu Leopolda i francuskim Kawalerem Legii Honorowej.

 

Hanna Dobias-Telesińska


Kolejną osobą, jaką przedstawimy w naszym cyklu będzie: Eugeniusz Piasecki – naukowiec, prekursor wychowania fizycznego w Polsce.

 

 

Opracowano na podstawie:

Bogusław Polak, Wielkopolski Słownik Biograficzny PWN, Warszawa-Poznań 1981

Związki Poznania ze Lwowem

Związki Poznania ze Lwowem

 W Drugiej Rzeczpospolitej Poznań i Lwów zaliczano do miast kresowych: Poznań – na zachodzie, Lwów – na wschodzie. Oba grody łączyło gorące pragnienie ich polskich mieszkańców, aby jak najrychlej znaleźć się w wolnej Polsce. Jeszcze więc w 1918 r. w obu miastach wybuchły powstania: przeciw Ukraińcom we Lwowie i przeciw Niemcom w Poznaniu. Gdy Wielkopolanie zakończyli zwycięsko bój o wyzwolenie własnej dzielnicy, natychmiast pośpieszyli z pomocą swym rodakom toczącym jeszcze ciężkie walki o polskość Kresów Wschodnich. Już na początku 1919 r. wysyłano z Poznania do Lwowa transporty z żywnością i odzieżą. W ślad za nimi poszła odsiecz zbrojna. W marcu 1919 r. dowódca Armii Wielkopolskiej gen. Józef Dowbór-Muśnicki skierował do Lwowa kompanię ochotniczą złożoną z 204 żołnierzy pod wodzą por. Jana Ciaciucha, a następnie dużą Grupę Wielkopolską z płk. Danielem Konarzewskim na czele.  Trzon  tej  grupy  stanowił 1 Pułk Strzelców Wielkopolskich. W kolejnych rzutach nadchodziły z Poznania dalsze posiłki. Nie ustalono dotąd ilu Wielkopolan oddało życie za Lwów i Kresy Wschodnie w 1919 r. Na cmentarzu Obrońców Lwowa wyznaczono dla nich jedną z kwater – VI, zwaną „poznańską”.

Druga fala pomocy dla Polaków we Lwowie napłynęła znad Warty w lecie 1920 r., podczas ofensywy bolszewickiej. Tym razem wspólnie broniono dopiero co odzyskanej niepodległości Polski. Upamiętnianie wspólnie przelanej krwi nastąpiło podczas budowy na cmentarzu Orląt – Pomnika Chwały. Składał się on z łuku tryumfalnego, przy którym ustawiono dwa dużych rozmiarów lwy, z 12 kolumn i 2 pylonów. Jedną z kolumn Pomnika Chwały ufundowało miasto Poznań.

Po odzyskaniu niepodległości Lwów odwdzięczył się swemu zachodniemu bratu w miarę swych możliwości. Zabór pruski cierpiący germanizację nie wykształcił potrzebnych w wolnej Polsce kadr nauczycieli, profesorów i innych fachowców. Ciesząca się w ostatnich dziesięcioleciach niewoli autonomią Galicja, miała ich pod dostatkiem. Kiedy więc w 1919 r. otwierano w Poznaniu uniwersytet, a nowa uczelnia potrzebowała odpowiedniej klasy polskich fachowców, rozpoczął się napływ ze Lwowa do Grodu Przemysława uczonych rozmaitych specjalności. Druga fala kadry naukowej dotarła nad Wartę ze Lwowa po kolejnej wojnie światowej, już w zgoła innych warunkach.

W tym miejscu pragnę przypomnieć profesorów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (dawniej Uniwersytet Poznański) i Politechniki Poznańskiej. Którzy pochodzili ze Lwowa, z Kresów Południowo-Wschodnich, bądź pracowali w różnych okresach na uczelniach obu miast. Lista ta z pewnością nie jest pełna.

Profesor Kazimierz Ajdukiewicz, ur. W Tarnopolu, logik i filozof na UJK we Lwowie 1928-1939, prof. UAM w Poznaniu 1945-1955. Był uczniem słynnego filozofa lwowskiego K.Twardowskiego;

Profesor Andrzej Alexiewicz, ur. we Lwowie, student i asystent na UJK, profesor matematyki na UAM w Poznaniu 1945-1995, pierwszy Prezes poznańskiego oddziału TML i KPW;

Jan Berger, nauczyciel jj. Niemieckiego w gimnazjum realnym we Lwowie, germanista na UAM w Poznaniu;

Profesor Ludwik Jaxa Bykowski, ur. w Zagwoździu k. Stanisławowa, pedagog, zoolog, od 1921 r. prof. zoologii w Alademii Wetwrynaryjnej we Lwowie, od 1927 r. profesor Uniwersytetu Poznańskiego, w l. 1941-1943 rektor tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich;

Profesor Władysław Czarnecki, ur. we Lwowie, absolwent Politechniki Lwowskiej, od 1925 r. w Poznaniu (architekt miejski, naczelnik wydziału planowania Miasta), wykładowca na Politechnice Poznańskiej;

Profesor Jan Czekanowski, antropolog, profesor uniwersytetu we Lwowie 1913-1941, profesor antropologii na UAM 1946-1960;

Profesor Jan Grochmalicki, zoolog, współpracownik Benedykta Dybowskiego na UJK we Lwowie, prof. zoologii na UAM w Poznaniu;

Profesor Antoni Jakubski, ur. we Lwowie, zoolog, od 1919-1939 prof. Uniwersytetu Poznańskiego, porucznik Legionów i II szef sztabu Obrony Lwowa w 1918, więzień hitlerowskich obozów koncentracyjnych, po 1945 r. w Wielkiej Brytanii;

Profesor Bogumił Krygowski, matematyk, prof. Politechniki Lwowskiej, po wojnie w Poznaniu;

Profesor Stanisław Loria, fizyk, prof. UJK we Lwowie 1917-1941, od 1951 r. w Poznaniu;

Profesor Władysław Orlicz, matematyk, 1937-1939 i po 1945 r. prof. UAM w Poznaniu, 1940-1941 prof. uniwersytetu we Lwowie;

Profesor Stanisław Pawłowski, geograf, uczeń E.Romera, 1918-1919 wykładowca na UJK we Lwowie, 1919-1939 prof. Uniwersytetu Poznańskiego, zamordowany przez hitlerowców;

Profesor Adam Skałkowski, ur. we Lwowie, historyk, od 1919 prof. Uniwersytetu Poznańskiego (do 1951r.);

Profesor Kazimierz Smulikowski, ur. we Lwowie, petrolog, minerolog, geolog, geochemik, wykładowca na Politechnice Lwowskiej, od 1930-1939 prof. Uniwersytetu Poznańskiego, po wojnie do 1952r. ponownie w Poznaniu, od 1953 r. w Warszawie;

Profesor Eugeniusz Piasecki, ur. we Lwowie, lekarz, teoretyk i praktyk wychowania fizycznego, założyciel L.K.S. ?Pogoń?, prezes Polskiego Związku Sportowego w Galicji, docent Uniwersytetu Lwowskiego i wykładowca w Polskim Kolegium Uniwersyteckim w Kijowie, od 1919 prof. Uniwersytetu Poznańskiego, przy którym utworzył Studium Wychowania Fizycznego, po Belgii i Danii trzeciego w Europie;

Profesor Jerzy Suszko, chemik organik, od 1927-1930 prof. Politechniki Lwowskiej, od 1930 r. prof. UAM w Poznaniu;

Profesor Józef Widajewicz, ur. w Buczaczu koło Brzeżan, historyk, od 1937 prof. Uniwersytetu Poznańskiego, po II wojnie światowej w Krakowie;

Profesor Zygmunt Wojciechowski, ur. w Stryju, historyk państwa i prawa, od 1929 r. profesor Uniwersytetu Poznańskiego;

Profesor Franciszek Wokroj, antropolog;

Profesor August Zierhoffer, ur. w Wiśniowcu k.Podhajec,  geograf,  uczeń E.Romera, w l. 1927-1933 prof. geografii gospodarczej Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie, od 1933 prof. geografii na UJK, od 1945 profesor UAM w Poznaniu;

Profesor Marian Zimmerman, ur. w Przemyślu, w okresie okupacji niemieckiej pracował w tajnym nauczaniu we Lwowie, prawnik, od 1939 prof. Uniwersytetu Poznańskiego.

 Na zakończenie tego krótkiego spojrzenia na związku Poznania ze Lwowem chciałbym jeszcze przytoczyć ciekawostkę z dziedziny sportu. Dotyczy ona początków wzajemnych kontaktów sportowych obu miast, które w okresie międzywojennym były oczywiście dość ożywione. Jak wspomina Rudolf Wacek, wielce zasłużony działacz sportowy Lwowa, a równocześnie profesor gimnazjalny, do pierwszego spotkania klubów Poznania i Lwowa doszło w 1914 r., a więc jeszcze w czasach zaborów. W roku tym najstarszy polski klub piłki nożnej, lwowscy „Czarni”, zaprosił na dwa mecze do Lwowa poznańską „Wartę”. Natomiast już po odzyskaniu niepodległości, w 1919 r. miała miejsce wizyta „Pogoni” Ib w Poznaniu. Gospodarzami były kluby „Posnania” i „Unia”. Po paru miesiącach nastąpiła rewizyta. W czasie bankietu delegat Związku Towarzystw Sportowych z Poznania p. Schnotale powiedział, że „sportowcy Wielkopolski czuli się dotychczas odosobnieni, a „Pogoń” pierwsza po wojnie, składając wizytę w Poznaniu i goszcząc ich u siebie – przełamała te lody”. Czyż nie jest to jeszcze jeden dowód na serdeczne związki obu miast?

 Iwo Werschler

Wycieczka do Lwowa

Relacja pana Marka Rezlera z wycieczki do Lwowa na wiosnę 2008 r.

LWÓW  –  MIASTO,   KTÓREGO   TRZEBA  I   WARTO   SIĘ   UCZYĆ

Marek Rezler

      Nie pochodzę z Kresów i nie zamierzam się zgrywać na Kresowiaka; jedynie po 1863 roku w wyniku powstania styczniowego, na Wschodzie powstała oddzielna gałąź mej rodziny. Kiedy jednak przed rokiem zaproponowano mi współpracę z poznańskim oddziałem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, przystałem na to, choć początkowo z pewnymi oporami i bez przekonania, bo spraw wschodnich najwyraźniej „nie czuję”. Potem była audycja studyjna w Telewizji ELSAT, w cyklu „W Labiryncie Historii”, kolejne spotkania, drobne prace na rzecz Towarzystwa – i zdecydowałem się dołączyć. Ujęła mnie w tej organizacji rzadko dziś spotykana atmosfera spotkań, stosunki panujące pomiędzy osobami niegdyś pozbawionymi rodzinnych stron, ogólna, szczera serdeczność i życzliwość. Przede wszystkim kierowała mną i nadal kieruje ogromna ciekawość ludzi, ich charakterów,  doświadczeń  i miejsc, z którymi tak silnie wciąż są związani. Będą więc to refleksje osoby stojącej z boku, patrzącej na te sprawy bardziej rzeczowo i z dystansem – co Koleżanki i Koledzy z Towarzystwa, mam nadzieję, mi wybaczą.

      Wielkim doświadczeniem i przygodą był dla mnie wyjazd do Lwowa pomiędzy 27 kwietnia i 1 maja 2008 roku. Dzięki cennemu a życzliwemu sponsoringowi p. dr. Romana Dawida Taubera, Rektora Wyższej Szkoły Hotelarstwa i Gastronomii, można było zorganizować wyprawę do dawnej stolicy Małopolski Wschodniej, z darami dla mieszkających tam Polaków. Jest to akcja charytatywna prowadzona przez Towarzystwo już od wielu lat, serdecznie a z wdzięcznością przyjmowana przez ludzi żyjących za granicą często w naprawdę trudnych warunkach. Dla osób, które jeszcze nie znały Lwowa zorganizowano grupę, która została oprowadzona po najważniejszych miejscach i obiektach miasta.

      Pojechałem głównie po to, by się uczyć. Nieznanych mi dotąd stron i ludzi, porównać swoją dotychczasową wiedzę z realiami Kresów, wyprowadzić wnioski. A wszystko odbyło się we wspaniałej atmosferze. Jechaliśmy wygodnym autokarem, zamieszkaliśmy w hotelu „George” przy placu Adama Mickiewicza (a więc w centrum miasta), przewodniczką zaś była przemiła i wielce kompetentna Pani Iza – córka nestora przewodników lwowskich.

      Lwów, stare miasto położone na skrzyżowaniu newralgicznych szlaków handlowych, zawsze był nieco kosmopolityczny, matecznikiem wielu kultur, języków i religii. Administracyjnie wchodząc w skład Korony, od tej strony zawsze był bardziej polski niż Wilno – odwieczna stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego (co prawda kulturalnie znacznie spolonizowane). Narodowości licznie zaludniające Lwów, żyły na ogół zgodnie – aż do 1 listopada 1918 roku, gdy z inicjatywy administracji dogorywającej monarchii Habsburgów, odrodzono konflikty narodowe i uruchomiono nienawiści, dotychczas ukrywane lub może nawet nieuświadamiane. Od tej strony spokoju nie ma tam do dziś, owe niepokoje tlą się podskórnie, podsycane pamięcią krwawego dramatu z lat 1942 – 1948. W niczym to jednak nie zmieni faktu, że w latach 1867 – 1918 Lwów był stolicą Galicji, Małopolski Wschodniej, tchnął wielkim światem i echem Wiednia – w odróżnieniu od hieratycznego, zapatrzonego w przeszłość, ale też zapyziałego, nieco obskuranckiego a klerykalnego Krakowa.

      Odruchowo zacząłem porównywać Lwów z oglądanym kilka miesięcy wcześniej Wilnem. Tam było wypreparowane z miasta zabytkowe centrum, dopięte niemal na ostatni guzik, nastawione na reklamę i chwałę w oczach gości i turystów – i dalekie od bogactwa obrzeża stolicy Litwy. Tutaj, we Lwowie, zgrzebność widoczna jest niemal na każdym kroku. Gdyby usunąć samochody i niektóre zewnętrzne elementy naszych czasów, przenieślibyśmy się w czasy Franciszka Józefa I, ery autonomicznej i w epokę Dwudziestolecia międzywojennego. Te same, fascynujące secesją kamienice, ta sama kostka brukowa (asfaltu nie jest tam wiele), te same stare a monumentalne pałace i gmachy rządowe. Te same, charakterystyczne świątynie, wieże, dachy i podwórza. Lwów nie był zniszczony działaniami wojennymi, nie trzeba więc było odbudowywać miasta. Zatem główna część historycznego centrum przetrwała w niewiele zmienionym stanie – tylko z wyraźnie widocznym zębem czasu. Widać, że przez kilka dziesięcioleci niewiele zrobiono dla zabezpieczenia miejsc i domów, a dziś ogromnie trudno nadrobić powstałe zaległości. Z zewnątrz jeszcze wszystko jako tako wygląda, często jednak lepiej nie zaglądać na podwórka i do starych mieszkań, które najpierw przeszły przez falę realizowania „aktu sprawiedliwości dziejowej”, a potem nie miał ich kto remontować i konserwować. Remont i konserwacja wszystkiego od razu, jest dziś niemożliwa, pozostaje bolesny wybór – co się i czyni, ale nierzadko w połączeniu z usuwaniem elementów polskich.

    Całkowicie za to zmienił się skład ludności Lwowa. W okresie międzywojennym Polacy stanowili około 3/4 mieszkańców miasta – trzeciego pod względem wielkości (po Warszawie i Łodzi) w Rzeczypospolitej. Dziś jest to zaledwie jeden procent. Inna mowa na ulicach i w lokalach, język polski dominuje tylko w kilku punktach miasta – a i to przeważnie w miejscach, które odwiedzają czasowi przybysze z Polski. Nic dziwnego, dochód z turystyki zza Sanu jest ogromnym zastrzykiem dla finansów Lwowa i jego mieszkańców. Zatem raczej nie spotyka się demonstrowania niechęci wobec Polaków – inaczej niż poza miastem, gdzie miejscowa ludność ukraińska zachowuje się co najmniej nieufnie, tak, jak nasi mieszkańcy ziem zachodnich i północnych, gdy nagle pojawi się tam przybysz z Niemiec. Wyraźnie jednak Ukraińcy patrzą na nas uważnie, a tu i ówdzie widać przejawy akcentowania ukraińskości miasta – często w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Jednym z głównych bohaterów Lwowa jest Stepan Bandera: ma tu swoją ulicę, pomnik przy kościele św. Elżbiety, jest patronem politechniki. Jeden z czołowych dowódców UPA, Roman Szuchewycz, osławiony „Taras Czuprinka” patronuje arterii komunikacyjnej i jest bohaterem tablicy pamiątkowej umieszczonej… na ścianie polskiej szkoły. W księgarni można zobaczyć reklamę książki o Ukraińskiej Powstańczej Armii, która „powinna być w każdym ukraińskim domu”, a zaraz obok jest mapa wskazująca zasięg plemion ukraińskich we wczesnym średniowieczu aż po… Prosnę. Wydarzenia z końca 1918 roku (traktowane przez Ukraińców jako powstanie narodowe) akcentowane są, w odpowiedniej formie, na tablicach pamiątkowych, przy których co pewien czas gromadzą się na swoich  masówkach i wiecach wielce tu honorowani weterani UPA. Jedno z takich spotkań na Prospekcie Swobody mogliśmy zobaczyć 28 kwietnia; ujawnienie polskiego pochodzenia mogłoby się tam zakończyć raczej niemile… A uważać trzeba, bo dzisiejsi lwowianie znają, a przynajmniej rozumieją język polski; alergicznie za to reagują (inaczej niż starsi i średni wiekiem Litwini) na język rosyjski. Na bazarach można kupić nawet T-shirty z jednoznacznymi hasłami na ten temat. O „Lachach” raczej bez wyraźnej potrzeby się nie wspomina, o „Moskalach” – i owszem. Niemal zawsze w pejoratywnym kontekście. Ale i nas, w kwietniu 2008 roku spotykały różne niespodzianki. Już celnik na granicy, po zapoznaniu się z nazwą hotelu, w którym się zatrzymamy, stwierdził sugestywnie: „Bohaty ludzi, w „Żorż” jedut”. No i staliśmy bezczynnie dwie godziny… Nie dostalibyśmy się do wnętrza Kasyna Ziemiańskiego, bez nieformalnej opłaty od osoby, strażnicy zaś przy Politechnice, na widok zbliżającej się naszej grupy, pośpiesznie przystąpili do zamykania bramy wjazdowej. W sklepach przyjmowani byliśmy grzecznie i życzliwie, ale przed Cmentarzem Łyczakowskim autobus obskoczyli chłopcy domagający się pieniędzy… i radośnie klaszczący, gdy kierowca autokaru miał kłopot z wyjazdem z parkingu. Były więc miejsca i miejsca, ludzie i ludzie.

      Znana, a wciąż gorąca jest we Lwowie sprawa wydarzeń z przełomu lat 1918 – 1919 i Cmentarza Orląt Lwowskich na Łyczakowie. Po latach celowej dewastacji i wandalizmu wreszcie pozwolono uporządkować i choćby częściowo zrekonstruować nekropolię – ale z równoległym, bardzo podobnym w formie cmentarzem żołnierzy ukraińskich. Tu zaglądają niemal wyłącznie Polacy – przede wszystkim ci przybyli z kraju. Między polskie groby na Cmentarzu Łyczakowskim licznie wkroczyły dość charakterystyczne stele – nagrobki notabli ukraińskich, lokatorów zmieniły też niektóre wiekowe grobowce. Powoli zachodzi potrzeba uruchomienia na większą niż dotąd skalę, akcji ratowania pomników na tej nekropolii. Konserwacji wymagają nawet niektóre nagrobki słynnych działaczy polskich, a wzruszający pomnik nagrobny Artura Grottgera porasta mech; niektóre napisy na nim są już prawie niewidoczne.

      Prawie nic już nie pozostało z charakterystycznej przedwojennej atmosfery Lwowa rozśpiewanego, „luzackiego”, trochę cwaniackiego, czasem szemranego, w specyficzny sposób szarmanckiego – ale i silnego intelektualnie, z mocną pozycją wielu nauk, m.in. matematyki, historii, nauk technicznych. Jedynie na Prospekcie Swobody wieczorami skrzykują się spontanicznie grupy przypadkowych przechodniów, którzy stojąc w kole, wcale składnie śpiewają ukraińskie pieśni narodowe – patriotyczne, ale nie agresywne nacjonalistycznie. Tu i ówdzie widać też szachistów grających na ławce w parku,  otoczonych wianuszkiem kibiców – wyłącznie mężczyzn.

      Polskość Lwowa tkwi w zabytkowej sferze materialnej miasta, lecz już nie w ludnościowej. Dzisiejszy Lwów to miasto, w którym nie wolno mieszać przeszłości z teraźniejszością, o ile nie chcemy stworzyć mieszaniny wybuchowej, która doprowadzi do zniszczenia tych resztek polskości etnicznej, jakie tam jeszcze pozostały. Smutna też jest inna refleksja: ten sam los nieuchronnie czeka i Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich, gdy odejdą ostatni, urodzeni w tamtych stronach. Nadzieją kontynuacji tradycji jest zaangażowanie druhen i druhów ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej – ale nie będzie to już ten duch, co obecnie, będzie to bardziej działanie na przekór, próba cofania historii – a nie ważenie stanowisk i krzewienie zgody. Także we Lwowie stopniowo wygasa Polska etniczna, nie ma tam (podobnie zresztą jak w Wilnie) silnej polskiej inteligencji, która byłaby w stanie zorganizować prężny ruch narodowy. Działają polskie organizacje i towarzystwa, które czynią wszystko, by podtrzymać nasze tradycje, ale muszą bardzo uważać w obliczu realiów, z którymi mają na co dzień do czynienia. Istnieje nawet pewien rozdźwięk pomiędzy Ukrainą centralną i wschodnią z Kijowem, nastawioną proeuropejsko i daleką od nacjonalizmu – a Ukrainą zachodnią, konsekwentnie kultywującą tradycje UPA. Ten tygiel kipi podskórnie, tylko od czasu do czasu widać pojedyncze, dość jednoznaczne sygnały i trzeba bardzo uważać, by para z tego kotła nie wydostała się szeroką falą na zewnątrz. W tych właśnie realiach funkcjonują lwowscy Polacy – i członkowie Towarzystwa udzielający im wsparcia. Zrozumiały żal, irytacja, gorycz, tęsknota za utraconymi ziemiami ojczystymi, nie zmienią twardych realiów czasu. Jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji wydaje się być możliwie szybkie przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej, co otworzy drogę wzajemnym kontaktom i być może choć trochę zatrze dzielące różnice i zaszłości. Nie podział na moje i twoje, lecz świadomość,  że to jest nasze, może doprowadzić do harmonii. W tej chwili bowiem mamy do czynienia z koniunkturalizmem politycznym i hipokryzją, gdy Rosji bez końca (skądinąd słusznie) wypominamy Katyń i łagry, ale o rzezi wołyńskiej, o potwornych wyczynach banderowców na Kresach Południowo-Wschodnich zachowuje się dyplomatyczne milczenie. A przecież są to kwestie nieporównywalne. Czy sprawy te kiedyś zostaną uregulowane? Z pewnością. Ale na pewno przełom na przyszłość można widzieć w Unii Europejskiej.

      A ja do Lwowa na pewno jeszcze pojadę. Nie raz i nie dwa razy. Tego miasta naprawdę trzeba i warto się uczyć.

 

Historia poznańskiego Oddziału TML i KPW

Jesienią 1988 roku we Wrocławiu, z inicjatywy Lwowian, zostało sądownie zarejestrowane Towarzystwo Miłośników Lwowa. Zarząd Główny na swą siedzibę obrał miasto Wrocław, gdzie znajdowało się najwięcej mieszkańców przedwojennego Lwowa, Kresów Południowo-Wschodnich i ich potomków. Od tego czasu ruszyła lawina oddziałów w całej Polsce, Poznański oddział, z inicjatywy Tomasz Naganowskiego oraz Ewy Dobias-Józefiak, powstał 23 lutego 1989 roku. Na pierwsze spotkanie do Sali Kominkowej w CK ZAMEK przybyło 111 osób.
Lwowiacy szybko znaleźli się w poznańskim środowisku. Pierwszym prezesem Oddziału został prof. Andrzej Alexiewicz, następnie prof. Tomasz Naganowski, a obecnie mgr Bożena Łączkowska.
Przez dwadzieścia lat członkowie Towarzystwa spotykali się na wspólnych imprezach, odczytach, spektaklach, spotkaniach świątecznych, Dniach Lwowa, piknikach i wycieczkach. Powstało wiele ?nowych? znajomości i okazji do wspomnień z tamtych minionych miejsc i lat. Celem Towarzystwa jest m.in. propagowanie kultury i historii, ponad 600 letnich dziejów Polski, o której nie można było mówić przez prawie 50 lat, a która zajmowała tak ważne miejsce w dziejach Polski. Organizowaliśmy spotkania z interesującymi ludźmi związanymi z Kresami np.: z pp. Dzieduszyckimi, Witoldem Szołginią, Jerzym Michotkiem, Dorą Kaznelson z Drohobycza, Kazimierzem Podhajeckim ze Stryja, Danutą Nespiak, prof. Stanisławem Nicieją i z wielu innymi. W roku 1997 obchodziliśmy bardzo uroczyście jubileusz 60-lecia pracy scenicznej Krystyny Feldman.
Poznański Oddział TML i KPW nie ogranicza się jedynie do spotkań i imprez towarzyskich. Od samego początku każdy wyjazd wycieczki na Kresy łączono z akcjami charytatywnymi. Od wielu lat, każdego roku w grudniu, wyrusza transport darów do Lwowa, Brzeżan, Mościsk, Przemyślan, Rohatyna, Podhajec i innych miejscowości na Kresach. Odwiedzamy polskie parafie, szkoły i przedszkola, starszych ludzi, którzy czekają na naszą pomoc. Każda akcja charytatywna, organizowana przez Stanisława Łukasiewicza, oparta jest na współpracy z kręgiem ?ORLĄT? ZHR z os. Rusa w Poznaniu, a także na ofiarności młodzieży szkolnej oraz niektórych zakładów i firm poznańskich, Klubu Inteligencji Katolickiej oraz innych, w tym wielu osób nie zawsze z ?tamtych? stron. Na letni wypoczynek zapraszaliśmy grupę dzieci polskich z Brzeżan, które przebywały w poznańskich rodzinach, uczestnicząc w wielu bardzo atrakcyjnych wycieczkach po Wielkopolsce, oraz dzieci z Łucka, które w okresie zimowym zwiedzały Szlak Piastowski oraz Warszawę. Dzięki staraniom naszego Oddziału Siergiej ze Lwowa, ofiara wypadku podczas pokazów lotniczych w Skniłowie, otrzymał protezę nogi, która umożliwia mu normalną egzystencję i powrót do pracy.
Każdego roku we wrześniu Oddział organizuje DNI LWOWA w Poznaniu. Patronat honorowy obejmuje Wojewoda Wielkopolski oraz Marszałek Województwa Wielkopolskiego. W b.r. odbędą się już dwunaste. Impreza ta cieszy się coraz większym zainteresowaniem poznańskiej społeczności. Ze swym programem chcemy wychodzić do innych miast Wielkopolski, w ubiegłym roku było to Leszno. W ramach DNI LWOWA organizowane są interesujące wystawy fotograficzne, ekslibrisu, pocztówek, znaczków, malarstwa o tematyce kresowej, itp., na Starym Rynku, przed Restauracją Kresową, odbywa się Piknik Lwowski, z udziałem zespołów ze Lwowa oraz różnych miast Polski. Gościliśmy chór ?Echo?, ?Lwowską Falę? ze Lwowa, ?Bukowińskie Kolory? z Czerniowiec, ?Werhowynę? z Żabiego, ?Wołyńskie Słowiki? z Łucka, oraz ?Pakę Rycha z Bytomia, ?Biedronki? z Brzegu, ?Baniaki?, poznański chór ?Arion? i Młodzieżową Orkiestrę Dętą z Tarnowa Podgórnego. Ważnym punktem programu Dni Lwowa była sesja naukowa, organizowana przez Juliusza Rozmiłowskiego poświęcona udziałowi lwowian w życiu naukowym i kulturalnym Wielkopolski, w której uczestniczyli zaproszeni naukowcy i ludzie kultury z Poznania. Na tę okoliczność wydawane były biuletyny zawierające życiorysy wybitnych postaci działających na terenie Poznania i Wielkopolski, a wywodzących się z terenów Lwowa i dawnych Kresów Południowo-Wschodnich. Zebrane w całość ukazały się w książce pt.: ?Udział Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w życiu naukowym i kulturalnym Poznania i Wielkopolski. Biogramy i wspomnienia?. Od dwóch lat podczas uroczystej inauguracji DNI LWOWA wręczana jest statuetka Lwa ?Semper Fidelis?, którą   zaprojektował  artysta  Jarosław  Lebiedź. Przyznana została ministrowi Andrzejowi Przewoźnikowi  oraz prof. Andrzejowi Stelmachowskiemu.
Współorganizotorami Dni Lwowa jest Wspólnota Polska, Biblioteka Raczyńskich, Restauracja Kresowa, Centrum Kultury Zamek oraz  ZHR Orlęta.
Towarzystwo wydaje BIULETYN, który poza artykułami redakcyjnymi publikuje ciekawe przedruki z krajowej prasy na temat Kresów i ich wybitnych mieszkańców. BIULETYN redaguje Danuta Szwarc, Hanna Dobias-Telesińska i Iwo Werschler.
Od 1989 roku akces do Towarzystwa zgłosiło ponad 600 osób. Nie wszyscy z zakładających przed dwudziestu laty Oddział Poznański Towarzystwa są nadal z nami. Pamiętamy o nich i wspominamy. Wspominamy również tych, którzy zostali zamordowani na kresach. W ich intencji odprawiane są uroczyste msze św. w Farze, podczas DNI LWOWA. Wiele osób, z uwagi na wiek, nie uczestniczy w naszych spotkaniach. Na większych imprezach spotyka się ok. 100 osób..
Swoją siedzibę Towarzystwo zmieniało wiele razy. Ale, poza jednym przypadkiem, zawsze mieściła się i mieści, dzięki gościnności Dyrekcji, w Centrum Kultury ZAMEK, gdzie w każdą środę w godzinach popołudniowych w pok. 336 odbywają się spotkania. Tu można nabyć także literaturę o tematyce kresowej, wydawaną we Lwowie i na terenie Polski. Funkcjonuje tu także bogata biblioteka lwowska.
Przez dwadzieścia lat wszystkie przedsięwzięcia staraliśmy się dobrze wykonywać. Nie byłoby to możliwe bez wspólnej pracy członków Towarzystwa oraz innych osób nam życzliwych. Do nich należy m.in. dyr. Szk. Podst. Nr 84 mgr Irena Roemet-Ciomborowska, rektor WSH i G dr Roman Dawid Tauber, dyr. Wydziału Kultury Włodzimierz Gorzelańczyk, dyr. CK Zamek Marek Raczak, dyr. Muzeum Sienkiewicza mgr Anna Surzyńska Błaszak, Janusz Borowczyk i inni. Mamy nadzieję, ze spełniliśmy oczekiwania.

Hanna Dobias-Telesińska

KONKURS

Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział w Poznaniu zaprasza młodzież szkolną mającą kresowe korzenie (Lwów i Kresy Południowo-Wschodnie) do udziału w konkursie pt.: „Historia kresowa mojej rodziny”. Prosimy także wychowawców i nauczycieli historii o zainteresowanie zagadnieniem oraz pomoc uczniom w przygotowaniu prac.

Prace konkursowe o objętości 2-5 stron (A4) należy nadsyłać w terminie do 15 sierpnia 2012 r. na adres Towarzystwa w Poznaniu: Centrum Kultury ZAMEK 61-809 Poznań ul. Św. Marcin 80/82 pok. 336 lub drogą elektroniczną: handob@wp.pl

Wyniki konkursu zostaną ogłoszone podczas „XV Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu” 15 września b.r.

Zwycięzców wybierze jury. Nagrodą dla dwóch pierwszych miejsc będzie tygodniowa wycieczka do Lwowa w ramach organizowanej corocznie akcji charytatywnej – dla pozostałych uczestników – upominki. Najciekawsze prace opublikowane zostaną w Biuletynie Oddziału oraz na naszej stronie internetowej www.lwowiacy.pl

Bożena Łączkowska – prezes Poznańskiego Oddziału TML i KPW

HONOROWE WYRÓŻNIENIE „SEMPER FIDELIS”

Poznański Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich
nadaje honorowe wyróżnienie „Semper Fidelis”

Od 2007 roku, podczas organizowanych corocznie we wrześniu w Poznaniu uroczystości „Dni Lwowa i Kresów”, wybranej osobie wręczana jest Statuetka Lwa, która jest odzwierciedleniem nadania honorowego wyróżnienia „Semper Fidelis”. Statuetka, którą wykonał artysta-plastyk, Jarosław Lebiedź, nawiązuje formą do lwów, jakie stały przed wojną na cmentarzu Orląt we Lwowie, przed pomnikiem Chwały.
Laureatami wyróżnienia nadawanego w Poznaniu są ludzie wybitnie zasłużeni, obywatele Rzeczypospolitej Polskiej lub posiadający Kartę Polaka, którzy przyczynili się do:
– ratowania Dziedzictwa Narodowego,
– upamiętniania Miejsc Pamięci Narodowej,
– niesienia pomocy Polakom i ich potomkom, którzy pozostali na terenach dawnej Rzeczypospolitej,
– przekazywania wiedzy o terenach i bohaterach, a także prawdziwej historii Kresów,
– dokumentowania szczegółów historycznych niezbędnych dla naszego i następnych pokoleń.
Wyróżnienie ma na celu uhonorowanie osób, które w szczególny sposób dały dowód wierności Kresowej Ziemi. Materialnym elementem wyróżnienia jest posążek Lwa, symbolu miasta LWOWA miasta „SEMPER FIDELIS”.
W latach 2007-2011 wyróżnieni Statuetką Lwa zostali:
– śp. minister Andrzej Przewoźnik,
– śp. prof. Andrzej Stelmachowski,
– prezes Szczepan Siekierka,
– śp. przewodniczący Koła Bukaczowczan Tadeusz Tomkiewicz oraz
– prof. Stanisław Sławomir Nicieja.
Dotychczas kandydatury do tego wyróżnienia zgłaszane były przez członków Poznańskiego Oddziału TML i KPW. Decyzję o jego przyznaniu, po uprzednim rozpatrzeniu zgłoszonych propozycji przez powołaną kapitułę, podejmował Zarząd. Obecnie pragniemy, aby osoby, które otrzymają Lwa w czasie kolejnych Dni Lwowa i Kresów w Poznaniu, wybierane były spośród kandydatów zgłaszanych przez szersze gremium. Dlatego zwracamy się z uprzejmą prośbą do osób, którym drogie są Lwów i Kresy, aby przysyłali na nasz adres swoje propozycje kandydatów do wyróżnienia, wraz z krótkim uzasadnieniem. Wszelkie wnioski kierować można do nas listownie lub drogą elektroniczną:
adres pocztowy:
Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział w Poznaniu
CK  ZAMEK  61-809 Poznań, ul. Św. Marcin 80/82 p.336
lub internetowy:
poznan@lwowiacy.pl

Za wszystkie propozycje i uwagi z góry dziękujemy
Za Zarząd

Stanisław Łukasiewicz

1% z podatku

logo procent

Zarząd TML i KPW Oddział w Poznaniu zwraca się z uprzejmą prośbą do Ludzi Dobrej Woli o wpłatę 1% z podatku za 2011 r. na rzecz Towarzystwa. Wpłata ta przeznaczona będzie na Akcję Charytatywną Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Poznaniu „Serce dla Lwowa”, którą organizujemy każdego roku.

Na druku PIT 36 lub PIT 37 należy wpisać:

–  KRS:   0000099733

–  w rubryce „Cel szczegółowy”:   „Akcja charytatywna – Poznań”

–  w pozycji „Wyrażam zgodę”: zakreślić X

Każda kwota otrzymana od Państwa z podatku pomaga nam opłacić potrzeby związane z organizacją akcji charytatywnych na rzecz naszych Rodaków zamieszkałych we Lwowie, Brzeżanach, Podhajcach i w innych miastach Południowo-Wschodnich Kresów. Np. transport darów, to wydatek kilku tysięcy złotych, które „zdobywamy” dzięki hojności m.in. tych, którzy przeznaczają 1% z podatku na rzecz Towarzystwa.

Będziemy wdzięczni za w/w wpłaty.

Hanna Dobias-Telesińska

SPOTKANIE Z DYR. MARKIEM RACZAKIEM W SIEDZIBIE POZNAŃSKIEGO ODDZIAŁU TML i KPW

Na naszym spotkaniu środowym – 25 stycznia 2012 r. – odwiedził siedzibę Towarzystwa  Marek Raczak – ustępujący dyrektor Centrum Kultury „Zamek”.
Pan Marek Raczak pracował w „Zamku” od 1993 r. , a od 1998  był jego dyrektorem naczelnym. Mieliśmy więc co wspominać. Zgromadzeni w pok. 336 przypominali kolejne nasze siedziby w Zamku (było ich siedem), a także niektóre zagadki z długiej historii gmachu jak np. „czy balkon na wieży miał podgrzewaną podłogę?” Wspominaliśmy także ś.p. wiceprezydenta miasta Poznania Macieja Frankiewicza, bardzo zasłużonego dla kultury stolicy Wielkopolski.
Pogawędka przy ciasteczkach, kawie i herbacie była bardzo miła i czas szybko upłynął. Na koniec spotkania, w podziękowaniu za wieloletnią dobrą współpracę, podarowaliśmy naszemu szacownemu gościowi album o Kresach i widok kościoła bernardyńskiego we Lwowie, życząc sukcesów w nowym etapie życia – na emeryturze oraz w działaniach jakimi ma zamiar zająć się, już nie zawodowo.

Wanda Butowska